Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
4002635
osób.
Oni są z nami:

Dzisiaj jest czwartek 23 Lutego 2017.
Imieniny obchodzą: Romana, Roman, Damian, Polikarp, Izabela
Stawiałem na wszechstronność. Rozmowa z Przemysławem Kwiatkowskim
(Na zdjęciu od lewej Jan Włodarek (II m.), Przemysław Kwiatkowski (I m.) i Bogusław Krydziński (III m.). Sopot 1965r. Fot. Jan Rozmarynowski.





























Przemysław Kwiatkowski to jeden z najwybitniejszych pionierów polskiej kulturystyki. Był kulturystą - piątym na mistrzostwach Europy w roku 1959, czterokrotnym zwycięzcą nieoficjalnych mistrzostw Polski w kulturystyce, w Sopocie (1963 - 1965 i 1969). Jednocześnie był bardzo wszechstronnym sportowcem; uprawiał wyczynowo podnoszenie ciężarów, lekką atletykę i szermierkę. W 1975 roku rozstał się z wyczynowym sportem; dalej jednak ćwiczył, ale już tylko rekreacyjnie. Jeździ na rowerze, pływa, regularnie ćwiczy na siłowni; jest w dobrej formie fizycznej, co należy podkreślić ze względu na jego sędziwy wiek. Od wielu już lat regularnie zimą jeździ w Alpach na nartach; w tym roku również.
Jego osiągnięcia, szczególnie w zakresie kulturystyki należy przypominać zwłaszcza współczesnej młodzieży jak przykład, że sport umiejętnie uprawiany przez całe życie gwarantuje dobrą sprawność fizyczną i zdrowie bez względu na wiek.
Z wielką satysfakcją przypominamy niżej rozmowę z Przemysławem Kwiatkowskim ze stycznia 2000 roku przeprowadzoną przez Mirka Prandotę.
Mamy zamiar przeprowadzić z Przemysławem kolejny wywiad w najbliższym czasie.

J.W. luty 2017 r.


Rozmowa z Przemysławem Kwiatkowskim – piątym kulturystą Europy w roku 1959
Mirosław Prandota: - W latach 60-tych był Pan czterokrotnym mistrzem Polski w kulturystyce. Jak ocenia Pan dzisiejszą kulturystykę i dzisiejszych mistrzów?
Przemysław Kwiatkowski: - No cóż, zmieniło się wiele, inny jest sprzęt, inne metody i techniki treningu, inne zasady konstruowania diety, inne pojęcie regeneracji i inna suplementacja. Na przykład nasze wspomaganie ograniczało się do kotleta schabowego, tatara, czasem multiwitaminy, podczas gdy dzisiejsi mistrzowie mają całą gamę witamin, wspaniałe odżywki, a niektórzy sięgają podobno nawet po hormony. Może nawet tylko z tego powodu, nie pokuszę się do porównywania tych dwóch tak różnych epok. Inne są możliwości, inne reguły i inna mentalność samych mistrzów...

- Nasuwa się w tym momencie pytanie, jak Pan i Pańscy koledzy zareagowalibyście, gdyby w tamtych latach był równie szeroki dostęp do środków dopingowych jak obecnie?
- Odpowiedź jest prosta. Przecież testosteron i jego pochodne już wtedy istniały w polskich aptekach. I z pewnością nikt nie miałby trudności, gdyby chciał dostać receptę na te środki, bo wtedy jeszcze testosteron uważano przede wszystkim za lekarstwo, a nie za środek dopingowy. Rzecz w tym, że myśmy w ogóle nie brali takiej ewentualności pod uwagę, bo była to epoka prawdziwego sportu, a nie sztucznego rozrostu mięśni. Rozumiem, że dzisiaj jest po prostu presja na „branie”, bo ci, którzy nie biorą, nie mają szans na „pudło”. Za moich czasów wszyscy mieli równe szanse.

- A nie uważa Pan, że zmiany w samym treningu, odżywianiu się, odnowie biologicznej i wspomaganiu wpłynęły w zasadniczy sposób na lepsze rezultaty?
- To mnie nie przekonuje, bo nie wiem, czy szybki skok z 70 kg do 100 kg, oznacza rezultat tych nowości, czy raczej koksu. Dzisiaj rekordów wcale nie bije ten, kto stosuje nowoczesne metody treningu, tylko ten, kto ma organizm podatny na środki dopingowe. W każdym razie bardziej podatny niż jego przeciwnik. Zresztą podobnie – a może nawet jeszcze gorzej – jest i w innych dyscyplinach sportu.

- Co więc, zdaniem Pana, zmieniło się na lepsze?
- Suplementacja. Gdybyśmy mieli wtedy takie witaminy i odżywki, jakie są obecnie, na pewno byśmy z nich korzystali, bo są one naturalnymi środkami uzupełniającymi dietę. Bez wątpienia pozwalają na szybszą regenerację organizmu, dostarczają niezbędnych składników, uzupełniają niektóre posiłki.

- W bezkoksowej epoce lat 60-tych należał Pan do najwszechstronniejszych sportowców w Polsce, a nawet w Europie. Proszę przypomnieć, jakie dyscypliny Pan uprawiał.
- Rzut młotem, rzut dyskiem, szermierkę, pływanie, ciężary, kulturystykę, wielobój atletyczny, tenis.
- To akurat konkurencje, w których odnosił Pan największe sukcesy. Reprezentował Pan nawet Polskę na kulturystycznych mistrzostwach świata w Wiedniu...
-To zdarzyło się w roku 1959 w Wiedniu. Zwyciężył wtedy Amerykanin Tommy Kono. Ja zostałem sklasyfikowany na X miejscu w świecie i na V w Europie.

- W tamtej epoce było to największe osiągnięcie reprezentanta Polski w kulturystyce. Ale Pan czuł się wtedy chyba bardziej ciężarowcem niż kulturystą?
- Owszem, trzykrotnie zdobywałem medal brązowy na mistrzostwach Polski w podnoszeniu ciężarów.

- A najlepsze wyniki?
- W wyciskaniu klasycznym 137,5; w rwaniu 130 i w podrzucie 162,5 kg.

- A wszystko to na wspomnianym już schabowym?
- O anabolikach nie mieliśmy nawet pojęcia. Wówczas samą proteinę w proszku uważało się za cudowny środek na przyrost siły, więc gdy ktoś dostał puszkę od znajomych z Ameryki, wszyscy myśleli, że to jest tak, jakby dostał złoty medal. Dla szerokiej rzeszy sportowców pozostawał tylko schabowy.

- Mimo wszystko natura wyposażyła Pana w szczególne predyspozycje do wygrywania na wielu polach. W czym był Pan nie pokonany najdłużej?
- Chyba w wieloboju atletycznym. Z czasem wystartował w tej konkurencji Władek Komar i zdobył większą ilość punktów.

- Proszę przypomnieć, co wchodziło w skład wieloboju.
Bieg na 60 lub 100 metrów, pięcioskok obunóż z miejsca, rzut kulą oburącz przez głowę do tyłu, rwanie i podrzut sztangi oraz 50 lub 100 metrów pływania stylem dowolnym.

- A kto był lepszy w konkurencji pięcioskoku: lekkoatleci czy ciężarowcy?
- Zdecydowanie ciężarowcy. Nikt nie dorównał Baszanowskiemu czy Smalcerzowi. Silne i sprężyste nogi grają zresztą decydującą rolę niemal we wszystkich konkurencjach siłowych, dlatego właśnie ciężarowcy mieli mnóstwo wieloskoków w swoim programie treningowym.

- W tamtym czasie czołowymi młociarzami w Europie byli dwaj mistrzowie Polski, Rut i Ciepły. Jakie szanse miał Przemysław Kwiatkowski?
W roku 1961 byłem trzeci z wynikiem 57,77 m, a w następnym roku czwarty, mimo że miałem już lepszy wynik, bo 59,96 m.

- Od czego w ogóle zaczynał Pan na sportowym podwórku?
- Tak jak większość, od kopania piłki. Potem, już w wieku 13 lat, pojechałem na obóz młodzieżowy i próbowałem tam rzucać dyskiem, skakać w dal oraz pływać. Urodziłem się w 1935 roku, w dziesięć lat później skończyła się wojna a na warszawskiej Pradze, skąd pochodzę, między ulicą Grochowską a Waszyngtona były głębokie leje po bombach. W te leje wdarła się woda podskórna i tam uczyłem się pływać. To był wtedy najtańszy sport, bo nie wymagał zakupu żadnego sprzętu. Zresztą sprzętu prawie nie było. Miałem drewnianą, przedwojenną rakietę do tenisa. Gdy pękły w niej struny, nie było gdzie zreperować.

- Pamięta Pan swoje pierwsze wyniki sportowe?
- W wieku 16 lat, jako uczeń gimnazjum, skakałem w dal 5,80, zaś na 400 metrów miałem 48 sekund. Gdy zacząłem studia na Akademii Wychowania Fizycznego, ważyłem 70 kg przy wzroście 174 cm. Gdy studia ukończyłem, ważyłem już 90 kg. Właśnie dzięki ćwiczeniom siłowym miałem taki przyrost mięśni. A ponieważ było to w 1955 roku, więc nie można podejrzewać mnie o nielegalne wspomaganie, bo ono nie istniało.

- Ze sportem wyczynowym skończył Pan dość wcześnie. Dlaczego tak się stało?
- To prawda. Mój ostatni start w kulturystyce przypadł na rok 1968. Miałem wtedy 33 lata, brakowało mi na wszystko czasu, bo byłem trenerem ciężarów i lekkoatletyki. Ale w sporcie w ogóle, czas występów przedłużyłem sobie jeszcze o 5 lat. Startowałem w 1973 roku w maratonie pływackim na Zalewie Zegrzyńskim i dobiłem do brzegu jako trzeci.

- Kto był głównym przeciwnikiem na zawodach kulturystycznych?
- Przede wszystkim Jan Włodarek. Jeżeli chodzi o sylwetkę, to lepsi byli bracia Krydzyńscy, ale nie mieli oni tak dobrego przygotowania siłowego, więc można było ich pokonać. Wtedy punktowało się nie tylko sylwetkę, ale również siłę i sprawność, dzięki czemu zwycięzca był dla publiczności bardziej wiarygodny niż obecnie, kiedy to dostaje się punkty tylko za proporcje.

- Pracował Pan w kilku klubach jako trener. Czy była z tego duża satysfakcja?
- Na pewno tak, ale tylko do czasu, kiedy w grę nie wchodziły jeszcze anaboliki. Mój zespół z warszawskiego „Lotnika” długo nie dał się pokonać na drużynowych zawodach w podnoszeniu ciężarów. W końcu ulegliśmy wysoko pewnej drużynie, z którą pół roku przedtem wysoko wygraliśmy. Zrozumiałem wtedy, że oto skończył się prawdziwy sport, a zaczął się sport pigułkowy. Oczywiście podziwiam niesamowite wyniki aktualnych sportowców, ale jednocześnie mam świadomość, że te wyniki są sztuczne. Wprawdzie nie wszystkich łapie się na dopingu, ale to tylko dlatego, że ci złapani mieli pecha, bo i tak wiadomo, że biorą wszyscy.

- Pańscy koledzy opowiadają między sobą anegdoty o reżimie, w jakim wychował Pan synów. Na czym ten reżim miał polegać?
- Tak naprawdę to na bardzo wczesnym wstawaniu. Organizowałem dla nich treningi tenisowe o 7 rano i o 7 wieczorem. A ponieważ starałem się traktować poważnie swoją funkcję ojca-trenera, toteż uznałem, że muszę przejść na wczesną emeryturę, aby sprostać zadaniu, jakiego się podjąłem. I tak w roku 1988, w WKS Legia doszedłem do stopnia podpułkownika, przestałem pracować, a zacząłem ćwiczyć synów.

- Miał Pan jakieś poważne osiągnięcia na tej rodzinnej ścieżce sportowej?
- Jak najbardziej! Bartek zdobył najpierw mistrzostwo Polski juniorów, a w ogóle w czasie juniorskiej kariery wygrał 41 turniejów. Młodszy, Maciek, był kilkakrotnym mistrzem Warszawy. Nic więcej nie udało się zrobić, bo to kosztuje. Jak obliczyłem, trzeba było inwestować rocznie 20 tysięcy dolarów, jeździć z chłopakami na turnieje międzynarodowe, aby zdobywali punkty. Niestety, nie było ani pieniędzy, ani sponsorów. Postawiliśmy na wszechstronność. Synowie jeżdżą na nartach, na łyżwach, dobrze pływają, grają nadal w tenisa, Bartek skończył AWF, a Maciek SGH...

- A Pan?
Jestem teraz nauczycielem tenisa w warszawskim klubie AZS. W wieku 62 lat zdobyłem uprawnienia instruktora pod batutą doktora Adama Królaka, który przyjął staruszka na kurs. Sztangą ćwiczę u siebie w domu, ale raczej ostrożnie, aby nie złapać kontuzji.

- Czy zatem może Pan dzisiaj powiedzieć, że młodzieńcze marzenia o sukcesach w sporcie spełniły się w stu procentach?
- Te marzenia nadal się spełniają. Wyjeżdżam co roku w Alpy na narty. O czymś takim marzyłem jeszcze jako młody chłopak. Właśnie wybieram się teraz do Cortiny d'Ampezzo. A kondycyjnie przygotowuję się w ten sposób, że codziennie jeżdżę na rowerze, aby później nie dostać zadyszki podczas zjazdów.
Rozmawiał: Mirosław Prandota



Rej.848./WYWIADY – 36/2017.02.19/JWIP.PL

Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski, cz. 3.
(Na zdjęciu A. Kołecki, kilka lat temu. Fot. z arch. Macieja Szymańskiego)





Rozmowa trzecia



Antoni Kołecki zaczynając ćwiczyć kulturystykę nie przypuszczał, że zostanie mistrzem tego sportu.

Systematyczne treningi dawały pozytywne efekty
w kształtowaniu ładnej sylwetki, wzrastała siła i ogólna sprawność fizyczna. Był proporcjonalnie umięśniony.


Uprawiał kulturystykę, w której można było sportowo rywalizować budową ciała, siłą i ogólną sprawnością fizyczną. Taką kulturystykę wówczas w Polsce propagował dziennikarz sportowy Stanisław Zakrzewski. Kołecki postanowił więc startować w tego typu zawodach. W latach 1965 - 1969 był uznawany za jednego z najlepszych kulturystów w Polsce. Trzy razy zwyciężył w sopockich zawodach (1967 - 1969) oraz w kilkunastu zawodach ogólnopolskich i międzynarodowych w kategorii seniorów o wzroście powyżej 173 cm. W latach 1968 - 1969 został uznany za kulturystę roku przez redakcję dwutygodnika „Sport dla Wszystkich”. Był jednocześnie cenionym instruktorem.

Kulturystyka była dla niego bardzo ważna, uprawiał ją prawie pół wieku, w tym w Polsce przez 18 lat. W niej odniósł swoje największe sukcesy sportowe, poznał nowych przyjaciół. Ukształtował cechy swojego charakteru.

Dokonania Antoniego Kołeckiego jako zawodnika na trwałe zapisały się w historii polskiej kulturystyki. Trzeba je znać, aby zrozumieć, że systematyczne wykonywanie ćwiczeń siłowych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wynikało z pasji naturalnego doskonalenia ciała, wiązało się z radością, zdrowiem i dawało mocne podwaliny psychiczne potrzebne do przezwyciężania przeciwności w dorosłym życiu.

Zakładamy, że nasi czytelnicy ćwiczący w siłowni zapoznają się z całym wywiadem (trzy części) z Antonim Kołeckim. Na tej podstawie będzie już można trafnie dokonać porównania „starej” kulturystyki, w której On był mistrzem, ze współczesną – opartą na wspomaganiu treningu środkami typu: odżywki, suplementy oraz przez niektórych ćwiczących – na bardzo szkodliwych dla zdrowia środkach dopingujących.
Jan Włodarek, sierpień 2015

MIROSŁAW GŁOGOWSKI:
upłynęło już ponad rok od naszej ostatniej rozmowy, na zakończenie której wspólnie zaplanowaliśmy, że naszą następną - ostatnią część wywiadu zaczniemy od Pana wspomnień z pierwszych lat uprawiania kulturystyki. Czy pod koniec lat 50 - tych wykonując po raz pierwszy ćwiczenia kulturystyczne wiedział Pan, czemu one służą i co dadzą?
ANTONI KOŁECKI: Miałem wówczas 24 lata, czyli byłem w wieku, w którym na ogół ma się już sprecyzowane życiowe plany na przyszłość, ale jednocześnie ma się jeszcze potrzebę dalszego poznawania życia i trochę w nim eksperymentowania. Był to okres, w którym wyznaczałem sobie różne cele, w tym także nierealne, gdyż nie miałem należytej wiedzy i możliwości, aby je osiągnąć. Zaczynając ćwiczyć nie snułem sobie kulturystycznych planów w tym sporcie na przyszłość. Ćwiczenia wykonywałem z ciekawości. Po zakończeniu treningu ciężarowego przyłączyłem się do kolegów, którzy „dla zgrywu robili” sztangą po kilka serii „na biceps i klatę”, aby później szpanować „napakowanymi” mięśniami na przykład nad morzem.

- Czyli chęć poznania zalet metody „body-buildingu” skłoniła Pana do jej wypróbowania w praktyce.
- Moje zainteresowanie wkrótce stało się wyzwaniem, które towarzyszyło mi ponad 50 lat, a które nazwano kulturystyką za sprawą red. Stanisława Zakrzewskiego. Na początku przeglądałem zagraniczne magazyny dla kulturystów i ciężarowców, które dostawałem od znajomych sportowców startujących w zagranicznych zawodach. Był to przeważnie egzemplarz amerykańskiego magazynu pt. „Strength Health”, wydawanego przez Boba Hoffmana, znanego w środowisku ciężarowców. Miałem również okazję przeglądać angielskie i niemieckie kolorowe miesięczniki dla ciężarowców i kulturystów („Iron Man”, „Kraftsport”). Ciekawsze artykuły dotyczące metodyki treningu kulturystycznego koledzy znający język angielski tłumaczyli na polski i rozpowszechniali je wśród znajomych sportowców.
W tych magazynach – oprócz szkoleniowych artykułów - były zdjęcia wspaniale umięśnionych sportowców wykonujących różne ćwiczenia „na rozwój umięśnienia”, których dotychczas nie znałem. To mnie chyba przekonało, że warto wyglądać tak, jak oni: silni i pięknie zbudowani oraz sprawni fizycznie. Dołączyłem więc do tych starających się rozwijać swoje mięśnie.

- W 1957 roku w Polsce w miesięczniku „Koło sportowe” i w później zmienionym tytule „Sport dla Wszystkich” sporadycznie zaczęły się ukazywać artykuły o „budowaniu” mięśni, ilustrowane zdjęciami przystojnych sportowców w towarzystwie pięknych kobiet. Czy Pan czytał to czasopismo ?
- Niestety wówczas nie, bo „Sport dla Wszystkich” ukazywał się w bardzo małym nakładzie i tylko kilkanaście egzemplarzy trafiało do sprzedaży w kioskach w Łodzi. Były to jeszcze czasy, że tylko nieliczni polscy sportowcy i trenerzy, w tym redaktor Stanisław Zakrzewski z miesięcznika „SdW” wiedzieli, że na zachodzie Europy i w Ameryce wykonywano ćwiczenia siłowe, które systematycznie powtarzane powodowały „rozbudowanie” mięśni, tym samym uzyskiwało się dość szybko atletyczną sylwetkę. Metodę tę zwano tam „body-buildingiem.

- Kilka lat później „Sport dla Wszystkich” był bardziej dostępny dla entuzjastów kulturystyki, bo ukazywał się w nakładzie 100 tys. Egzemplarzy, więc wzrastała liczba osób ćwiczących na sylwetkę.
- Kulturystyka stała się modna i spontanicznie się dalej rozwijała. Motorem i przywódcą tego nowego pozytywnego nurtu w kulturze fizycznej był Stanisław Zakrzewski redaktor naczelny miesięcznika „Sport dla Wszystkich” i autor książki „Jak stać się silnym” oraz innych z zakresu ćwiczeń siłowych. Stworzył polską szkołę kulturystyki, której byłem wiernym przedstawicielem jako zawodnik i instruktor. Zakrzewski wskazał naszej cherlawej młodzieży odpowiedni i atrakcyjny dla niej kierunek rozwoju fizycznego, zalecając jednocześnie różne formy rozwoju intelektualnego. Warto było spróbować!

- Zabrał się Pan za kulturystykę, a co z podnoszeniem ciężarów, które uprawiał Pan już kilka lat?
- Jeszcze dźwigałem. Ale stopniowo górę brały ćwiczenia kulturystyczne. W trójboju podnoszenia ciężarów miałem ustabilizowaną formę i wydawało mi się, że nie osiągnę poziomu czołówki krajowej. Po kilku miesiącach systematycznych treningów kulturystycznych postanowiłem sprawdzić się w konkursie dla ciężarowców i kulturystów.

- Co to był za konkurs?
- Rozegrano go o tytuł najlepiej zbudowanego sportowca, chyba odbył się pod koniec 1960 roku. Przeprowadzono go . na zakończenie centralnych zawodów w podnoszenia ciężarów. W kategorii seniorów uplasowałem się w połowie pierwszej dziesiątki, na ok. 30 startujących, przeważnie zawodników uprawiających podnoszenie ciężarów. Po tym widowisku dyskretnie się ulotniłem bacznie obserwując czy jakaś fanka nie rzuci się na mnie, aby rozerwać moją bicepsówkę, kupioną za siedem dolarów.

- To konkurs męskiego ciała niczym wybory miss piękności?
- Nie gdyż on miał charakter sportowy. Trzeba było walczyć w konkurencjach siłowych (wyciskanie leżąc, przysiad). Wykonać ponadto układ gimnastyczny i kilka póź z napiętymi mięśniami oraz poddać się pomiarom obwodów mięśni. Oceniano w nich wynik uzyskany w trójboju. Pozy wykonywano jakby do fotografii, czyli w stylu atletów z XVIII wieku. Przybierano pozy statyczne, a najchętniej napinano bicepsy, tak jakby one miały decydować o pięknie męskiego ciała. Suma punktów uzyskanych w tych konkurencjach dała końcową klasyfikacje. W tej rywalizacji była spora dawka humoru, bo pozy zdarzały się pokraczne, a wysiłek pozującego był widoczny na twarzy. Te widowiska – konkursy cieszyły się jednak ogromnym zainteresowaniem publiczności, która w nadmiarze wypełniała hale sportowe. Fragmenty tej imprezy były nawet pokazane w Polskiej Kronice Filmowej, oczywiście z krytycznym komentarzem.

- Co Pana skłoniło do startu w tym konkursie?
- W tym czasie dźwigałem ciężary i jeszcze startowałem w tej dyscyplinie; w zawodach był to okres, w którym ciężarowców i nielicznych kulturystów zrzeszał oficjalnie Polski Związek Podnoszenia Ciężarów i Kulturystyki, w którym wiceprezesem był redaktor Stanisław Zakrzewski. Takie połączenie wynikało z tego, że identyczną strukturę organizacyjną miała międzynarodowa federacja, której członkiem była Polska. Trener polecił mi udział w tej imprezie, a ja bez dyskusji się podporządkowałem. Wiedziałem, że była to decyzja Kazimierza Spychały - znanego i cenionego „ojca” łódzkiego sportu.

- Start w tym konkursie nie był Pana sukcesem.
- Byłem wtedy jeszcze początkującym kulturystą, choć już miałem 27 lat mimo tego pół roku później znalazłem się w 4 - osobowej reprezentacji kulturystów Łodzi w trójmeczu, w którym rywalizowaliśmy z zespołem Warszawy i Wrocławia. Start w tych zawodach wymagał wszechstronnego i solidnego przygotowania, bo trzeba było rywalizować w wyciskaniu sztangi leżąc, przysiadzie, trójskoku z miejsca oraz podać się mierzeniu mięśni centymetrem. Nie było pozowania, co jak na tamte czasy było eksperymentem, który można i teraz przyjąć z wielkim zdziwieniem. W wyciskaniu leżąc uzyskałem 115 kg, a w przysiadzie ze sztangą na barkach wynik – 145 kg. Ważyłem wówczas 74 kg. Nasza reprezentacja zwyciężyła, a ja zostałem sklasyfikowany na dobrym miejscu.

- I kulturystyka stała się Pana pasją?
- Mocno mną zakręciła! I wskutek tego miałem wielką satysfakcję. Doskonaliłem swoją wiedzę na temat ćwiczeń kulturystycznych. Ukończyłem jako jeden z pierwszych w Polsce kurs instruktorów. W łódzkim Ognisku TKKF „Polesie” prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Po kilku latach nasz zespół zaczął się liczyć w kraju, a moi podopieczni rywalizowali z najlepszymi, a ja wygrywałem.

- W następnych zawodach?
- Jesienią1961 roku już byłem przygotowany do walki z krajową czołówką kulturystów, więc wystartowałem w ogólnopolskich zawodach w Warszawie. W kategorii seniorów jednak przegrałem z Józefem Radziwiłko, ale zostałem zauważony przez „Sport dla Wszystkich”. I pochwalony przez redaktora Stanisława Zakrzewskiego. I od tego momentu już przez całą swoją karierę plasowałem się w pierwszej trójce, przeważnie na pierwszym miejscu. Wygrałem w wielu ogólnopolskich, w tym w Sopocie o tytuł nieoficjalnego Mistrza Polski ( trzy razy). Startowałem ponadto w Czechosłowacji i na Litwie. Moją mocną stroną była sylwetka, dobre pozowanie, wyniki siłowe i wykonanie układów gimnastycznych. W konkurencji pozowania i oceny sylwetki otrzymywałem noty maksymalne, w bojach siłowych przez lata utrzymywałem wyniki: na poziomie wyciskanie leżąc - 145-150 kg przysiad – 170-180 kg. Waga ciała wahała się w przedziale 85 - 90 kg. Rekordy w tych bojach miałem większe, ale ustanowiłem je na sali treningowej, lecz bez udziału licencjonowanych sędziów.

- Proszę przypomnieć swoje rekordowe dane antropometryczne.
- Uf, z biegiem lat rosłem w obwodach, oczywiście przybywała mi waga ciała. Pewne jest, że miałem 173 cm wzrostu, a teraz kilka centymetrów mniej. Wiem, że w polskim internecie trochę dodano mi w obwodach nawet w bicepsie. Oczywiście wynik taki mógł wynikać ze sposobu pomiaru oraz okresu, w którym go wykonano, jak również i tego, czy był on ustalony przed treningiem, czy też w czasie treningu.

- To skromna i zarazem ogólna odpowiedź.
- Nie będę się chwalił, ale bicepsy pod koniec mojej kariery rozwinąłem w obwodzie do 48 cm, po solidnym rozgrzaniu ramion.

- Pamięta Pan z kim pan przegrał?
- Nawet dobrze. Kilka razy przegrałem z Przemysławem Kwiatkowskim i Janem Włodarkiem, raz z Józefem Radziwiłko, Zbigniewem Bielińskim - chłopców z Warszawy oraz ze Zbyszkiem Małachowskim. W roku 1971 uległem wypadkowi, który spowodował, że po rehabilitacji ograniczyłem swoja aktywność w treningach siłowych, szczególnie w ćwiczeniu mięśni nóg. Mojej największej porażki doznałem od prezesa Ogniska TKKF „Polesia”, które zlikwidował sekcję, w której prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Do tej pory nie wiem, czy to może ja się do tego przyczyniłem.

- Który z ciężarowców tamtych lat, swoją budową ciała wywarł na Panu największe wrażenie?
- Z czołówki światowej podnoszenia ciężarów było ich kilku, którzy uzyskiwali wspaniałe wyniki w podnoszeniu ciężarów, a jednocześnie byli określani jako najładniej zbudowani sportowcy. Imponował mi Tommy Kono z USA - wielokrotny mistrz świata a zarazem Mr Universum. Do grona najlepszych zaliczał się Guy Mierczuka z Francji, słaby ciężarowiec, ale znakomity kulturysta, zaś z polskich ciężarowców wspomnę Jana Czepułkowskiego i Marian Zielińskiego, którzy pokazali się i w polskim konkursie „piękności”.

- A na ich tle jak wyglądali typowi kulturyści?
- W Polsce jeśli chodzi o proporcje sylwetki i wielkość mięśni, na początku byli na podobnym poziomie, zaś światowi idole, jak Steve Reeves czy Reg Park, wyglądali jak antyczni tytani, zresztą występowali oni w filmach o tematyce mitologicznej i to były hity ówczesnego kina. W naszym kraju każdy ćwiczący marzył, aby stać się jak oni.

- Miał Pan okazję zmierzyć się z kulturystami z Państw Europy Zachodniej?
- Niestety nie dostąpiłem tego zaszczytu. Z polskich kulturystów do 1971 roku tylko kilku miało sposobność zmierzyć się z nimi w czasie zawodów „Mister Universum”, które odbywały się na zakończenie Mistrzostw Świata w podnoszeniu ciężarów. Dobre miejsce zajął na nich Przemysław Kwiatkowski z Warszawy, z którym rywalizowałem na naszych mistrzostwach w Sopocie.

- Kulturyści z lat 60-tych, podobnie jak Pan, we wspomnieniowych rozmowach akcentują, że towarzystwo kobiet było dobrym bodźcem, aby przez lata wykonywać ćwiczenia siłowe lub gimnastyczne na sylwetkę.
- Tak było i jest obecnie, więc podobne stwierdzenia są ciągle na czasie. W Polsce wówczas mało kto wiedział, jak należało właściwie ćwiczyć, aby zwiększać mięśnie i ładnie ukształtować swoje ciało. Sportowcy uprawiający przez lata wyczynowo sporty, jak np. gimnastykę, podnoszenie ciężarów, zapasy, mieli ładnie umięśnione ciała. Wystarczyło, że jak taki okaz - heros pokazał się na basenie lub na plaży, to już miał towarzystwo uroczych kobiet. Sam tego doświadczałem przez wiele lat w Polsce i Kanadzie. Szczególnie ciepło wspominam sportowe obozy na plaży w Mielnie.
.
- Zorganizowanie zgrupowania sportowego dla kulturystów było dużym wydarzeniem dla ich uczestników, a przy tym wymagało sporo środków finansowych. Kto je dawał?
- W przypadku klubu sportowego, w którym w sekcji podnoszenia ciężarów ćwiczyli również kulturyści, na ogół nie było problemów, bo pieniądze na ten cel szły z kasy klubu. Natomiast sekcje TKKF, które skupiały łódzkich kulturystów z wyjątkiem sekcji, którą prowadziłem, nie miały środków na ten cel lub nie widziały potrzeby organizowania obozów dla swoich uczestników. My musieliśmy sobie sami radzić. Coś udało się wyrwać z TKKF-u, a pozostała część kosztów pokrywana była z naszych kieszeni.

- To raczej nie zapewniało dobrych warunków pobytu na takim zgrupowaniu?
- Tak może się wydawać. Takie zgrupowanie przeważnie miało charakter rekreacyjny, mający za główne zadanie regenerowanie organizmu ćwiczących, po 11 miesiącach harówki treningowej. Spaliśmy w namiocie ustawionym w pobliżu plaży, tuż przy namiocie ratowników morskich dowodzonych przez Jerzego Baranowskiego, założyciela sekcji kulturystycznej klubu „Społem” Łódź. Myliśmy się w morskiej wodzie, jedliśmy produkty gotowe, kupione w sklepach. Żelastwa do ćwiczeń było niewiele, więc na piasku i w prażącym skórę słońcu ćwiczyliśmy bez przyrządów, obciążeniem była własna masa ciała. Godzinami „pluskaliśmy” się w wodzie wypływając w głąb morza. Po południu wykonywano ćwiczenia gimnastyczne, grano w nogę i siatkę, a wieczorem zaliczano dyskoteki, w których królował big-beat.

- We wspomnieniach niektórych zawodników z tamtych lat przewija się narzekanie, że kulturyści nie byli wspierani finansowo przez lokalne władze administracyjne i sportowe. Było biednie, a wręcz niekiedy fatalnie. Zatem czym wytłumaczyć fakt, iż kulturystyka jednak się wówczas dynamicznie rozwijała i spełniała dużą rolę w polskiej kulturze fizycznej?
- Sam kiedyś nad tym głęboko się zastanawiałem, gdyż byłem jednym z tych, którzy biadolili, że my - kulturyści nie byliśmy wspomagani przez władze sportowe. W tamtym czasie w Polsce nie było biznesowych siłowni, ale można było załatwić lokal na siłownię z symbolicznym czynszem. Nie było urozmaiconego sprzętu, ale można było samemu lub z pomocą zakładu pracy zrobić taki sprzęt. Siłownie prowadzono nawet społecznie. A instruktorzy otrzymywali marne wynagrodzenie. Można było zorganizować duże zawody, jeśli wystarczyło tylko chęci i operatywności, aby dostać pieniądze od lokalnych władz sportu, w tym od TKKF-u lub nawet z państwowego zakładu pracy. Nikt z dzisiejszych redaktorów nie powinien negować faktu, że kulturystka była masowo uprawiana nie tylko przez młodzież.
Po przyjeździe do Kanady zrozumiałem, że samemu trzeba mieć pomysły i wykazywać się aktywnością, aby z niczego dojść do sukcesu w biznesie, bo np. siłownia to narzędzie do pomnażania własnego dochodu oraz inwestowania. W Kanadzie dobra kulturystyczne można było kupić, ale za własne lub banku pieniądze. Tam w zakresie kulturystyki nic nie dostaje się za darmo. Taka zasada była i ma się dobrze obecnie w zachodnich państwach i w Ameryce.

- Znam to dobrze, bo przez wiele lat w łódzkim TKKF-ie prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Szkoda, że nikt z byłych kulturystów nie zebrał i opracował szczegółowej historii o pierwszych latach kulturystyki w Łodzi.
- W Polsce była grupa aktywnych i mądrych pasjonatów, którym na ogół przewodzili pierwsi instruktorzy kulturystyki i to oni zakładali ośrodki - siłownie w całym kraju zaczynając od niczego i bez środków finansowych. Przykładem tego mogą być ośrodki funkcjonujące przez wiele lat w miastach województwa łódzkiego. Ten temat aż prosi się o szybkie przypomnienie i utrwalenie w historii polskiej kulturystyki. Założyciele tych siłowni umierają, a ja już jestem na ostatnim etapie życia, ale jeszcze mogę szczegółowo podzielić się tym, co wiem i przeżyłem z kulturystyką w Łodzi. Odpowiednią do tego osobą może być między innymi Józef Stelmasiak - długoletni instruktor w sekcji kulturystycznej.

- W Polsce - może z wyjątkiem strony JWIP.PL - nie ma profesjonalnego artykułu o tym, jak Pan trenował. W Internecie jest podobnie, a to, co można przeczytać, to zlepek kilku zdań z małego artykułu o Pana treningu przed zawodami w Sopocie, który ukazał się pod koniec lat 70-tych w „Sporcie dla Wszystkich”. Może Pan, chociaż ogólnie, powiedzieć coś o tym, jak trenował?
- O tym, jak trenowałem, można napisać książkę, bo przecież ćwiczenia kulturystyczne wykonywałem ponad 50 lat. Najciekawszy jest okres moich startów w zawodach. To, co powiem teraz, rozczaruje czytelnika, bo przecież ciągle zmieniałem ćwiczenia i metody treningowe, co było wynikiem doświadczeń i przemyśleń oraz zapożyczeń z metod treningowych czołowych wówczas zawodników świata. Teraz rozwodzenie się na ten temat wymagało by przedstawienia obszernej i szczegółowej informacji nie tylko o tym, jak ćwiczyłem i czym się kierowałem na poszczególnych etapach mojej kariery, dokonując wyboru konkretnej metody treningowej i wykonywania danego ćwiczenia.
Powiem, że na mój trening kulturystyczny miały dodatni wpływ nawyki wynikające z wcześniejszego uprawiania kilku dyscyplin sportowych. Miały one charakter psychiczny, m.in. wynikały one z przekonania, że trzeba intensywnie i regularnie trenować, nie odpuszczać sobie celu, który można było osiągnąć, a przy tym czerpać wiedzę na temat tego, czemu się oddawałem.

- Wszechstronność kulturysty, do dziś temat na marginesie animatorów tego sportu, ale w latach 60-tych była podstawą kulturystyki. Proszę przypomnieć, jak Pan przygotowywał się do mistrzowskich zawodów w Sopocie?
- Przeważnie przez trzy miesiące przed tymi zawodami zwiększałem stopniowo intensywność treningu, szczególnie przy wykonywaniu tych ćwiczeń, które w założeniu miały wpływać dodatnio na „rzeźbę” mięśni, gdyż od niej właśnie zależał wygląd moich mięśni . Były to elementy metody, którą stosował Serge Nubret. Po kilku tygodniach mając już to, co planowałem w treningu, akcentowałem ćwiczenia, w których miałem rywalizować w Sopocie. Ostatnie dwa tygodnie byłem w Mielnie nad morzem ze swoją drużyną. Korzystaliśmy z gościnności Jurka Baranowskiego lub mieliśmy klubowe zgrupowanie, o czym wcześniej powiedziałem. Treningi były na plaży, odważnikami, i nie przeszkadzało nam słońce, które dawało naturalnie brązowy kolor skóry, zaś pływanie w morzu było znakomitym sposobem na pełną regenerację mięśni.

- A co jedliście w Mielnie?
- Nasza „stołówką” był miejscowy bar serwujący urozmaicone posiłki od zup mlecznych do schabowego z kapustą. Na śniadanie zawsze wybieraliśmy nabiał w różnej postaci, a na deser „kogel-mogel” z 10 surowych jajek rozbitych widelcem. Na obiad obowiązkowo mięso wołowe, częściej ryba z surówką, plus ciasto ze zbożową kawą z mlekiem. Był i podwieczorek, a na kolację tuńczyk z puszki lub wędlina. Między posiłkami piliśmy dużo wody. Największymi żarłokami byli: Grzegorz Oracz, Jerzy Pawlak oraz oczywiście ja. Kilka dni przed zawodami przenosiliśmy się do Sopotu, a tam było dużo barów, w tym nawet specjalizujący się w potrawach nabiałowych. Dziś trudno jest uwierzyć, że wszechstronne treningi w upalne dni na plaży, spanie w namiocie i dieta z baru mlecznego nie zaszkodziła, a wręcz odwrotnie. Spartańskie warunki dały pozytywne wyniki.

- Zgodzi się Pan, że wówczas zawody rozgrywane w wieloboju były wielkim atutem kulturystyki, kwalifikującym ją do grona dyscyplin sportowych.
- Oceniam, że rywalizacja w kilku konkurencjach (pozowanie, siła i sprawność) miała cechy wymiernej dyscypliny sportowej, czego nie można powiedzieć o teraźniejszej wyczynowej kulturystyce, której zawodnicy walczą wielkością mięśni i efektem ich napinania. Kiedyś próbowano ją sprowadzać do „sztuki dla sztuki”, ale obroniła się właśnie wszechstronnością i rywalizacją w siłowo-sprawnościowych konkurencjach. Wielobój był pasjonującym widowiskiem nawet dla osób, które nie interesowały się sportem. Tego przykładem są m.in. zawody w Sopocie, które oglądały całe rodziny wypoczywające w tym kurorcie. Szkoda, że wówczas kulturystyka była tylko uznawaną formą kultury fizycznej, a na oficjalny status dyscypliny sportowej musiała czekać wiele lat.

- Był Pan zawodnikiem, organizatorem kulturystyki w Łodzi i instruktorem, który wprowadził kilku swoich podopiecznych do czołówki krajowej.
- To była praca od podstaw, bo na moje zajęcia trafiali młodzieńcy zaniedbani pod względem fizycznym, unikający w szkole zajęć z wychowania fizycznego. Trzeba było ich prowadzić krok po kroku i wpajać im, że oprócz treningu siłowego muszą doskonalić swoją ogólną sprawność fizyczną. Nie każdy z nich był systematyczny, często chciał już po pół roku mieć duże mięśnie. Tacy szybko się zniechęcali i odpadali. Była spora grupa młodzieży ćwicząca dla siebie, dla podbudowy fizycznej; ćwiczyli regularnie i mieli satysfakcję z wyników. Trafili do mnie również młodzieńcy, którzy wcześniej uprawiali wyczynowo sport i to ich starałem się skłonić do trenowania bardziej intensywnego z myślą o startach w zawodach kulturystycznych. Po kilku latach treningu ci najbardziej konsekwentni pokazali się już na ogólnopolskich zawodach, m.in. w Sopocie, Warszawie. Najlepszymi z tej grupy byli wspomniany wcześniej Paweł Oracz i Grzegorz Pawlak.

- Zalecał Pan im jakieś formy wspomagania treningu ?
- Owszem, nowemu na sali treningowej nakazywałem prowadzenie zdrowego stylu życia i higienę osobistą, w tym 8-godzinny sen, wykluczenie palenia papierosów, a alkohol okazjonalnie w niewielkiej ilości. Anabolików nikt nie stosował z kulturystów, więc nie miałem z tym problemów. Do tego była dieta, ale dla każdego indywidualna, czyli to, co mogła im mamusia podać do stołu. Oczywiście akcentowałem konieczność spożywania mięsa wołowego (było najtańsze i dostępne), ryb, kurczaków, warzyw, owoców, mleka, jajek itd.

- Czy nie sądzi Pan, że nawet rekreacyjne uprawianie kulturystyki może uzależnić i stać się głównym elementem życia młodego człowieka?
- Zwracałem uwagę, czy młodzi ludzie chodzą do szkoły, mają jakieś zainteresowania oprócz kulturystyki. Starałem się przekazywać im moje „złote myśli”, że trzeba się uczyć, aby zdobyć dobry zawód , który należy udoskonalać przez całe życie, a kulturystykę traktować jako miłe zajęcie, ale nie najważniejsze.

- Czy skutkowały te szkolenia , jakby wyjęte z podręcznika nauki kulturystyki pt. „ABC młodego kulturysty”, napisanego przez Stanisława Zakrzewskiego?
- Pewnie część z tego, co im wpajałem –„trułem do rozumu” – tam im pozostała. Może po latach nieraz z tego powodu mnie wspominają. Przyznaję, że redaktor Zakrzewski wywarł pozytywny wpływ na młodzież ćwiczącą kulturystykę w latach 60-tych.

- Czy z tytułu zajmowania się kulturystyką miał Pan jakieś korzyści materialne?
- Za prowadzenie zajęć otrzymywałem niewielką kwotę, za którą mógłbym się wyżywić tylko przez kilka dni. Startując w zawodach i wygrywając je dostawałem dyplom i wazon kryształowy, a najczęściej torbę sportową, obrazek- widoczek jakiegoś miasta lub płócienną walizkę za zajęcie 2-go miejsca w warszawskich zawodach. I jakbym to wszystko sprzedał chętnemu do nabycia tego, to w sumie byłaby to bardzo skromna kwota. Te tzw. materialne korzyści, które uzyskałem, nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Byłem przecież sportowcem-amatorem utrzymującym się z wykonywania wyuczonego zawodu - technika obróbki metali. Dopiero duże pieniądze otrzymywałem w tym zawodzie będąc już w Kanadzie.

- W Kanadzie żyje się Panu lepiej, gdyż dochód przeciętnego obywatela jest kilka razy większy niż w naszym kraju, a państwo finansuje m. in. opiekę medyczną. Można więc powiedzieć, że ma Pan bardzo dobre warunki, aby „ruszać ciało przez cale życie”.
- Korzystałem z socjalnych dobroci państwa, o czym wspomniałem w naszej pierwszej rozmowie. Teraz mam już 82 lata na karku, ze zdrowiem słabo, trudno mi nawet wychodzić z domu. O kulturze fizycznej mogę tylko rozmawiać, ale konsekwentnie powtarzam, że o zdrowie trzeba dbać przez całe życie i stosownie do możliwości ćwiczyć, chociaż maszerować każdego dnia po kilka kilometrów. Wiadomo, że jak człowiek pobudza regularnie swoje ciało, to mózg lepiej pracuje i jest zgrabna sylwetka, i to bez wzglądu na wiek.
Jeszcze kilka lat temu będąc na pływalni starałem się lekko napinać mięśnie. Kobiety dyskretnie na mnie spoglądając pewnie myślały: dziarski dziadek, i dobrze zbudowany, jakby był kiedyś sportowcem. Kilka z nich o tym mi powiedziało.

- Zdjęcia ostatnio otrzymane od Pana potwierdzają, że „staruszek” wygląda „apetycznie” dla pań.
- Teraz już jest gorsza sylwetka. Niestety czasu nie da się zatrzymać. Przez wiele lat starałem się spowalniać proces starzenia się, np. wykonując siłowe ćwiczenia, następnie proste ćwiczenia usprawniające funkcjonowanie mojego aparatu ruchu. Obecnie jestem w okresie, w którym mknę po drodze życia ciesząc się z małych przyjemności, jak np. odbierając telefon od znajomej mi osoby. Ze starością już się pogodziłem, ale jak za minionych lat, nawet przelotne spojrzenie niebieskookiej „młodości” powoduje, że dopada mnie przewrotne odczucie – jestem młody, a za chwilę nostalgia i jednak smutek, iż jestem stary i samotny. To dziwne, że w sercu jeszcze pozostało troszkę młodej namiętności.

- Spodziewamy się, że po cyklu artykułów o Panu i wcześniejszych naszych rozmowach na JWIP.PL oraz po rozpropagowaniu przeze mnie numeru Pana telefonu wśród byłych łódzkich kulturystów często słychać sygnał w Pana mieszkaniu?
- Trudno mi to potwierdzić, bo raczej dzwonią, gdy u mnie noc i ja śpię, a u nich w Łodzi wówczas jest dzień. Nie odbieram telefonu, gdy jestem chory. Ty, jak i Janek oraz Maciek Szymański, macie jednak szczęście, bo regularnie trafiacie, gdy jestem w dobrej formie. Dziękuję wam serdecznie za pamięć.
Rok temu „napadał mnie telefonicznie” jakiś redaktor z pisma kulturystycznego. Przypuszczałem, że jest on z Kanady, a później okazało się, że z Polski. Porozmawialiśmy, a po jakim czasie dostałem wyglądający na książkę „wypasiony” magazyn kulturystyczny z tytułem amerykańskiego czasopisma, ale po Polsku; jego treść dotyczy głównie mięśniaków nie wyglądających na naturalnych kulturystów. Nie podoba mi się to towarzystwo i ja wśród nich w postaci wywiadu. Raz mam w nim obwód bicepsów – 50 cm, a dalej 48 cm. W ubiegłym roku miałem 82 lat, a w wywiadzie już 85 i takie inne niespodzianki.

- Za zakończenie naszego wywiadu proszę odnieść się do dopingu w kulturystyce, który powoduje, że kulturyści nie doczekają się przez następne pół wieku uczestniczenia w rywalizacji na Igrzyskach Olimpijskich.
- To bardzo poważny problem sportowy, społeczny i polityczny, który pomimo podejmowanej walki w celu wyeliminowania dopingu określam jako nieskuteczną walkę, bo jest ona w znacznej części pozorowana, szczególnie w amerykańskich czasopismach dla mięśniaków. W Kanadzie jest z tym lepiej, przypuszczam, że poziom zjawiska dopingu jest na podobnym poziomie; do tego w Polsce. Zjawisko to przeraża, ponieważ dotyczy również młodzieży.
Wyczynowa kulturystyka jest chora, gdyż produkuje jakby mutantów – łysych i „patologicznie oblepionych” mięśniami, którzy tracą zdrowie, jak kiedyś napisał Steve Reeves, sławny kulturysta i aktor filmowy z lat 50 -tych. Jest w tym część prawdy, bo dość często można przeczytać w gazetach w Calgary, że jakiś mistrz mięśni przedawkował anaboliki i jest w grobie, albo do niego się wybiera, gdyż „wysiadło” mu serce, wątroba lub nerki i to w wieku np. 40 lat. Są też informacje że pod wpływem anabolików popełnił przestępstwo, bo przejął się, że np. stał się impotentem lub tracił rozum.
Ja nie widziałem potrzeby, jak zresztą moi rywale z lat 60 -tych, wspomagania się lekami. Dzięki temu mogliśmy startować w zawodach nawet co tydzień i nie nabawiliśmy się kontuzji, a teraz dalej żyjemy. Większość z nas przekroczyła 80 lat lub jest blisko tej granicy i to może wynikać właśnie z tego, że obce były nam anaboliki oraz inny zakazany dopingi.

Mirosław GłogowskiI: Dziękujemy. Kończymy naszą bardzo ciekawą rozmowę, ale dalej będziemy z Panem w kontakcie telefonicznym.
Życzymy Panu szybkiego powrotu do zdrowia.

Mirosław Głogowski (Londyn). Współpraca: Jan Włodarek (Warszawa) i Maciej Szymański (Kalifornia).

Rej.836./WYWIADY – 35/2015.07.27/JWIP.PL









Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski. Cz. 2


(Antoni Kołecki, Piotrków Trybunalski 1967 r. Fot. Jan Rozmarynowski)



Część druga

M.G.: Tęskni Pan za młodością?
A.K.:
Życie szybko przemija, mam już 82 lata, nękają mnie nowe dolegliwości zdrowotne, trapi mnie smutek z powodu samotności, Niedawno jeszcze czułem się młodym i jak na swój wiek energicznym. To niestety już nieodwracalna przeszłość, którą lubię z nostalgią powspominać. Z wiekiem nabrałem dystansu do siebie i do tego, co przeżyłem uprawiając sport. Na nowo odkrywam, weryfikuję, to co było ważne, zależne ode mnie. Dalej żyję świadomie i czuję, że jeszcze mam coś przez sobą.

Pana dzieciństwo jest związane z tragicznymi latami okupacji niemieckiej, zaś młodość to okres życia w wyzwolonej Polsce.
W ostatnich latach, siedząc nieraz w samotności przed oknem wspominam również lata narodowej niedoli, okupację, w czasie których byłem wówczas przerażonym dzieckiem. Rozmawiając z Panem w mojej głowie otwierają się również straszne obrazy z tego okresu, które teraz chciałbym przełożyć na słowa utrwalone na piśmie.
To, co powiem, jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ; jestem jednym z tych nielicznych żyjących, którzy tworzyli podwaliny polskiej kulturystyki, a wcześniej przeszli przez piekło okupacji hitlerowskiej. Jeszcze trzymam się życia, więc uważam, że mogę chociaż w wielkim skrócie opowiedzieć w kilkunastu zdaniach o swoim dzieciństwie, które ma wpływ na moje dorosłe życie i uprawianie sportu.

Oczywiście, proszę bardzo.
Jestem „chłopakiem” z Łodzi, z ulicy Piotrowskiej, numer domu 77. Kiedy skończyłem 6 lat, do Łodzi wkroczyły hitlerowskie hordy, miasto włączyli do Rzeszy, zmieniając jego nazwę na Littzmannstadt. Nie rozumiałem okrucieństwa wojny, ale bałem się jej, tak jak wszyscy polscy mieszkańcy tego miasta. Doznałem szoku, gdy esesmani na moich oczach zastrzelili mojego ukochanego psa, bo szczeknął na nich. Wkrótce moich rodziców aresztowało gestapo. Ojciec był w Armii Krajowej i za to trafił do Oświęcimia, później do obozu Mauthausen. Matkę wywieziono w głąb Niemiec. Zostałem sierotą, ale szczęśliwie byłem pod opieką dziadków. Mieszkali oni w pobliżu Radogoszczy, gdzie był hitlerowski obóz zagłady otoczony lasem Łagowieckim. Któregoś dnia bawiąc się z kolegami w tym lesie pobiegłem aż do jego skraju i zobaczyłem za ogrodzeniem z drutu kolczastego zmaltretowanych jeńców wojennych, wyglądających jak żywe szkielety; na wieżyczkach strażniczych stali esesmani z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału. To był dla mnie wstrząsający widok, który jako koszmar powracał do mnie jeszcze przez wiele lat. Już na sam widok niemieckiego munduru byłem sparaliżowany ze strachu.

Każdy przeżyty dzień dawał nadzieję na życie.
Dziadkowie starali się, abym o tym nie wiedział i nie myślał; pozwalali mi grać w piłkę z rówieśnikami, bawić się w berka, ganiać po podwórkach sąsiadów. Pilnowali mnie, abym uczył się na tajnych kompletach. Były one jednoosobowe. Ze względu na bezpieczeństwo konspiracji nauczycielka uczyła tylko jedno dziecko przez kilka godzin, po czym przychodziło następne. W domu odrabiałem lekcje. W dniu nauki bardzo się bałem idąc do nauczycielki i od niej wracając, ponieważ w niesionym koszyku pod szmatami leżał ołówek i zeszyt, w którym pisałem na lekcji i w domu. Przypadkowa rewizja, a Niemcy przeszukiwali również dzieci, mogłaby zakończyć się tragicznie dla mnie, dziadków, nauczycielki i pewnie innych osób. Za naukę po polsku karano wywózką do hitlerowskich obozów śmierci.

Nastąpiło upragnione wyzwolenie, a z nim radość?
Wkrótce z niemieckich obozów wrócili rodzice i stałem się szczęśliwym dzieckiem. Tuż po oswobodzeniu Łodzi, zimą, udaliśmy się z kolegami do udostępnionego mieszkańcom niemieckiego magazynu, w którym składowane były setki nart z przeznaczeniem dla żołnierzy Wermachtu walczących na ziemi rosyjskiej. Ten dzień był mroźny, padał śnieg. Ja i koledzy byliśmy szczęśliwi, że pierwszy raz w życiu mamy narty. Bez obawy, że Niemcy zrobią nam krzywdę, próbowaliśmy zjeżdżać i zbiegać z pagórków na terenie byłej żwirowni w Stokach Do domu wróciliśmy poobijani od upadków, zmęczeni i zmarznięci, ale uradowani. To jest niezapomniany dzień w moim życiu.

Zaczynał się powolny powrót do normalnego życia, wrócił Pan do szkoły?
Miałem 12 lat, gdy wróciłem do nauki i to również był radosny dzień. Zaliczono mi 3 klasy z tajnego nauczania i wylądowałem w klasie, w której byłem najmłodszym uczniem wśród szesnastolatków, ale najsprawniejszym na lekcjach wychowania fizycznego. Wówczas nadarzyła się okazja, aby uprawiać sport.

Jaką dyscyplinę?
W szkole trafiłem na lekcje nauczyciela wychowania fizycznego, który był pasjonatem gimnastyki przyrządowej i potrafił zainteresować wyrośniętych i rozbrykanych chłopców. Chciałem być najlepszym, chłonąłem każde jego słowo szybko opanowując kolejne ćwiczenia gimnastyczne. Okazało się, że mam predyspozycję do wyczynowego uprawiania tej dyscypliny. Trafiłem do klubu „Ogniwo Łódź” (później „Społem”) i w nim trenowałem kilka lat pod kierunkiem T. Bentkowskiego – znanego trenera. Startowałem w wielu młodzieżowych zawodach, zdobyłem II klasę w gimnastyce sportowej.

Droga do kariery sportowej została otwarta?
Formalnie tak, ale tak naprawdę to wówczas zrozumiałem, że czeka mnie trudna i długa droga na szczyty sławy, a przy tym okazało się, że nie miałem wielkiego talentu do tej dyscypliny. Żeby go rozwijać i szlifować musiałbym więcej czasu poświęcać na trening i wykonywać go z nadmiernym wysiłkiem. Próbowałem, ale to skutkowało negatywnie na naukę w szkole. Zrezygnowałem więc z uprawiania tego sportu.
Okres wyczynowego uprawiania gimnastyki nie był jednak straconym czasem. Stałem się odważny i zdolny do głębokiej koncentracji umysłu, wzmocniłem mięśnie i rozwinąłem bardzo ogólną sprawność fizyczną, stałem się systematyczny i dokładny w działaniu. Nauczyłem się zasad i metodyki sportowego treningu, podstaw odżywiania i regeneracji. Mój trener oraz systematyczne treningi w gronie młodzieży w znacznym stopniu wpłynęły pozytywnie na kształtujące się cechy mojego charakteru.

W tym czasie Redaktor Stanisław Zakrzewski – Ojciec Polskiej Kulturystyki, zalecał młodzieży, aby swoją przygodę ze sportem zaczynała od gimnastyki, a później, po wzmocnieniu organizmu, wybierała dyscyplinę odpowiednią dla siebie. Wiedział Pan o tym?
Wówczas nie miałem okazji o tym słyszeć. Kilka lat później, będąc już instruktorem kulturystyki i podnoszenia ciężarów wpajałem ćwiczącej młodzieży, że kulturystyka, to nie tylko siła, mięśnie, ale również ogólna sprawność fizyczna, którą znakomicie zwiększa się wykonując ćwiczenia gimnastyczne. Duży nacisk kładłem również na treningi ogólnorozwojowe w terenie.

Po rezygnacji z uprawiania gimnastyki jaką Pan wybrał dyscyplinę?
Przypadek sprawił, że stałem się ciężarowcem, znalazłem się w określonym czasie w przeznaczonym mi miejscu. Po ukończeniu technikum mechanicznego zostałem powołany do zasadniczej służby wojskowej. Komisja wojskowa zadecydowała, że poborowy Antoni mając klasę sportową kwalifikuje się do garnizonowej kompanii skupiającej sportowców z województwa łódzkiego. Oprócz mnie trafili tam również znani sportowcy, między innymi Kazimierz Kowalec – piłkarz ŁKS-u, Jerzy Boniecki – pływak, olimpijczyk z 1952 r. Dowództwo kompanii składające się z fachowców od sportu orzekło, że jeśli byłem dobrze zapowiadającym się gimnastykiem, to moje miejsce jest w sekcji podnoszenia ciężarów. Przyjąłem to ze zdziwieniem ale i spokojem. Miałem odpowiednie atuty: umięśnioną sylwetkę, sporą siłę oraz doskonałą ruchomość w stawach, co gwarantowało, że szybko opanuję technikę w rwaniu, podrzucie i wyciskaniu sztangi. Szansa na to była spora, bo znalazłem się pod opiekę dobrego instruktora Jana Bochenka. Później został on medalistą na igrzyskach olimpijskich w 1956 r., a po zakończeniu kariery ciężarowca był cenionym i znanym w kraju trenerem.

W koszarach otrzymał Pan rozkaz: dźwigać ciężary i zwyciężać?
Owszem, miałem solidnie trenować, zajmować dobre miejsca w zawodach Wojska Polskiego: mistrzostwach pułku, okręgu, kraju i armii zaprzyjaźnionych. Inne wojskowe obowiązki, jak strzelanie do celu, musztra, czy bojowe marsze w terenie na dystansie 50 kilometrów, w pełnym uzbrojeniu i w masce gazowej, nie były wymagane. Tego typu „kara” czekała mnie w przypadku lenistwa na treningach i braku postępu (śmiech).

Wywiązywał się Pan z tych obowiązków?
Starałem się, więc miałem w miarę dobre wyniki. Wygrałem na mistrzostwach pułku, a na ważniejszych zawodach w okręgu wojskowym plasowałem się na miejscach, które dawały cenne punkty w drużynowej klasyfikacji. Wówczas w trójboju przekraczałem 300 kg, ważąc ok. 75 kg.
Te wyniki zadawalały moje dowództwo, w nagrodę przyznawało mi kilka dni urlopu. Pomimo dużego wysiłku, jaki wkładałem w każdy trening, mój rekord w trójboju nie dawał mi szans na zakwalifikowania się do reprezentacji Wojska Polskiego i startu w mistrzostwach ciężarowców armii zaprzyjaźnionych. Z polskiej strony startowali w niej wyłącznie zawodnicy reprezentujący światowy poziom w tej dyscyplinie sportu.

Intensywne uprawianie podnoszenia ciężarów wymaga „treściwego” odżywiania. Jaką miał Pan dietę?
Harowałem na treningach, a do tego była potrzebna energia z – kalorycznych posiłków. Nie miałem powodu do narzekań na ilość i kaloryczność. O to dbało dowództwo kompanii żywiąc nas według wzorców odżywiania stosowanych i sprawdzonych przez sportowców radzieckich. Był to zresztą okres zimnej wojny między Wschodem a Zachodem, a głównie USA. Żołnierze mieli być w pełnej gotowości do boju, więc ich posiłki były odpowiednio kaloryczne, ale mało urozmaicane. Sportowcy, jak również żołnierze niektórych formacji, byli uprzywilejowani dostając zwiększone porcje mięsa. Mnie one wystarczyły, aby codziennie po kilka godzin trenować i utrzymywać ciężar ciała w granicach przewidzianych dla mojej kategorii wagowej.

Kończył się okres służby wojskowej. Planował Pan zostać zawodowym żołnierzem?
Zaproponowano mi pozostanie w wojsku i dalsze uprawianie podnoszenia ciężarów. To byłby dobry sposób na karierę w sporcie. Po konsultacji z rodziną i kolegami wybrałem jednak życie na spocznij, w cywilu, i natychmiast wylądowałem w kompani wartowniczej w Klapkowicach, w województwie opolskim. Ostatnie miesiące stojąc na warcie miałem okazję snuć sobie plany na przyszłość: podjąć pracę w wyuczonym zawodzie i zająć się czymś przyjemniejszym - najlepiej w sporcie.

Powrót do cywila i „wolności” wówczas nie wiązał się z ryzykiem, gdyż praca czekała; była również możliwość wyżycia się fizycznie w klubach sportowych, przygarniających każdego młodego człowieka.
To prawda. Bez trudu wróciłem do narzędziowni w łódzkim zakładzie włókienniczym. Fizycznie byłem „oklapnięty” bezmyślną służbą wartowniczą. Odstawiony od sztangi od kilku miesięcy czułem się źle. Postanowiłem więc wznowić uprawianie podnoszenia ciężarów. Dobrze się złożyło, bo w tym czasie w ŁKS-ie powstawała sekcja ciężarowców do której natychmiast się zapisałem. Skupiała młode talenty, panowała w niej ambitna i koleżeńska atmosfera, a trenerzy byli dobrymi fachowcami. Ciężki trening szybko przyniósł efekty w postaci silnego zespołu, który liczył się w rywalizacji krajowej. Największe sukcesy odniósł mój kolega Zenon Słowiński zdobywając cztery razy tytuł mistrza Polski. Ja zaś swój rekord w trójboju doprowadziłem do 350 kg, co spełniało kryterium średniego poziomu w kraju w mojej kategorii wagowej.

Po kilku latach ciężkiego treningu wzrosło ryzyko przetrenowania, doznania kontuzji lub po prostu zniechęcenia się monotonnym treningiem.
To prawda. Bez należytej opieki i pomocy ze strony klubu w zakresie zdrowia – regeneracji organizmu i odpowiednich warunków życia, trudno byłoby przez kilka lat wyczynowo uprawiać sport, zresztą tak jak i w obecnych czasach. Dostawałem talony na posiłki w stołówce, niewielkie kwoty, tzw. diety w dniach startu w zawodach, miałem pomoc w nagłych przypadkach zdrowotnych. To mnie wówczas wystarczało.
Byłem wytrwały, ale powtarzanie tych samych ćwiczeń kilka razy w tygodni zaczęło mnie nużyć. Brakowało mi dynamicznej aktywności, np. treningu w terenie na świeżym powietrzu, chociaż gry w piłkę nożną. Od kolegi dowiedziałem się, że w łódzkim klubie „Włókniarz” powstaje sekcja rugby, której trener, magister wf. Leszek Latek, poszukuje wysportowanych chłopaków. To była dla mnie oferta, dająca mi możliwość sprawdzenia organizmu i charakteru w męskiej walce na boisku. Grałem więc nie rezygnując z treningów ze sztangą.
Jesienią i zimą intensywnie trenowałem siłę, zaś wiosną i latem kładłem akcent na grę w rugby. W 1959 roku nasza drużyna zajęła 3-cie miejsce w Mistrzostwach Polski. Wystąpiłem również w reprezentacji Polski w meczu międzynarodowym.

Połączenie wyczynowego uprawiania dwóch przeciwstawnych sobie dyscyplin imponuje, bo jaką trzeba mieć motywację i wydolność organizmu aby temu podołać?
To wyzwanie nie dla współczesnej młodzieży. W mojej młodości było to możliwe, wielu młodych ludzi w ten sposób wypełniało swój wolny czas. Niektórzy z nich doszli nawet do mistrzowskich wyżyn i tytułów w kilku dyscyplinach. Czy było warto? Tak! Przypomnę:
Wówczas my, ”dzieci wojny”, mieliśmy swoją filozofię sportu, różniącą się od współczesnej. Było pięć lat po wojnie; okres – w którym sport traktowaliśmy jako sposób na życie w zdrowiu i radości z rywalizacji. Dziś można powiedzieć, że był to styl życia, mający w założeniu między innymi spowodowanie oderwania naszej pamięci od okrucieństw wojny. Możliwość uprawiania sportu miała ogromie pozytywny wpływ na nasze sportowe zachowanie się poza salą treningową, boiskiem. Na pewno tym, którzy przeżyli wojnę, sport pozwolił przywrócić ambicję oraz chęć doskonalenia się i pięcia się do góry!
W moim środowisku krążyło ambitne powiedzenie: „daj sobie szansę, sprawdź się w treningu i na zawodach sportowych”. Warto było się sprawdzać w ten sposób, gdyż już sam udział w zawodach był uważany jako wielkie osobiste wyróżnienie. Wiązało się to z uznaniem i podziwem, nie tylko rówieśników. Mówiono nam: „wykazałeś się ambicją i wytrwałością i jednocześnie nie zapomniałeś o nauce”. Dawało nam to poczucie męskości i pewność, że podążamy w dorosłe życie właściwą drogą.

To był wielce pozytywny młodzieńczy styl życia, adekwatny do minionych czasów. Dzieci wojny zapisały chwalebne karty polskiej historii, nie tylko w sporcie. A dziś…?
Minęło wiele lat, trudno obecnie spotkać nastolatków, którzy z takim wysiłkiem i determinacją, jak my, walczyliśmy o to, aby osiągnąć coś, co wydawało się dla nas bardzo trudne. Teraz to inne czasy, prawie inny kraj, inni nauczyciele sportu oraz ćwiczący, którym rodzice piszą zwolnienia z wf., a przy tym w kulturystyce modelowa chęć szybkiego osiągnięcia sukcesu małym wysiłkiem. Od ponad 20 lat zaleca się głownie „najlepiej łykaj prochy, trenuj i długo odpoczywaj”. Dodam jeszcze – zwyczaj bezmyślne naśladowanie profesjonalnych mistrzów. Zresztą wystarczy wziąć w rękę pierwszy z brzegu ilustrowany magazyn dla kulturystów, aby samemu ocenić, jaka jest teraz kulturystyka.

To prawda; proponuję, aby do tego tematu powrócić w trzeciej części naszej rozmowy, ale poświęcić ją przede wszystkim przypomnieniu Pana osiągnięć w Polskiej kulturystyce, a zakończyć wywiad Pana spostrzeżeniami odnoszącymi się do współczesnej kulturystyki.
Bardzo dobrze, do usłyszenia.

Dziękujemy za rozmowę: Mirosław Głogowski (Londyn). Współpraca: Jan Włodarek (Warszawa) Maciej Szymański (Kalifornia).
Rej.795./WYWIADY - 35//2014.06.15/ JWIP.PL
Dokończenie niebawem



Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski

(Na zdjęciu A. Kołecki, Sopot 1968r., Fot. Jan Rozmarynowski).

Część pierwsza

Antoni Kołecki jest jednym z legendarnych polskich kulturystów lat sześćdziesiątych XX w. W maju tego roku skończył 81 lat. O Jego sukcesach sportowych można było przeczytać w czasopiśmie „Sport dla Wszystkich”, wydawanym w latach 1958 – 1972. Są w nim m.in. relacje z zawodów, wywiady, programy treningowe opisane przez redaktora Stanisława Zakrzewskiego.

W latach 80 – 90-tych o Antonim Kołeckim wspominał redaktor Henryk Jasiak na łamach miesięcznika „Rekreacja Fizyczna” i tygodnika „Wiadomości Sportowe” oraz w swojej książce „Magia Ciała”. W ostatnich latach jedynie w miesięczniku „KiF” kilka razy krótko wymieniono tego pioniera kulturystyki.

Nie lepiej jest na polskich portalach kulturystycznych. Przewija się jedynie jego nazwisko, a przy nim powtarzający się ten sam zlepek kilku lakonicznych zdań. Wyjątkowo tylko na stronie JWIP.PL są artykuły o Kołeckim, zresztą także i o innych atletach, którzy w początkach istnienia kulturystyki w Polsce zbudowali jej mocne podwaliny.

Jan Włodarek, z pomocą Macka Szymańskiego z Kalifornii, odszukał niedawno (w Kanadzie) Kołeckiego, swojego rywala sportowego z lat 60-tych i namówił mnie, abym przeprowadził z Antonim rozmowę. Propozycję przyjąłem z radością, gdyż tych pionierów osobiście znam od ponad 40 lat, z Janem organizowałem kulturystykę w LZS, a Antoni był jednym z moich nauczycieli kulturystyki.
Miałem jednak obawę, czy wywiad będzie udany, gdyż Kołeckiego ostatni raz widziałem w 1975 roku; mieszkam w Londynie - on natomiast w Calgary. Pozostało mi liczyć na jego przychylność i rozmowę tylko przez telefon.

Zadzwoniłem i o dziwo mój „nauczyciel” pamięta mnie, więc rozmawialiśmy sympatycznie jeszcze kilka razy. Mistrz odpowiadał na moje pytania dotyczące nie tylko jego długiej przygody w sporcie. Na podstawie tego, co usłyszałem, można byłoby napisać obszerny tekst o jego ciekawym życiu, np. o dzieciństwie w Łodzi w czasach niemieckiej okupacji i pierwszych latach po wyzwoleniu. W przyszłości może wrócę do tego tematu.

M.G. Tych, który pana dobrze znali, rywalizowali na kulturystycznych arenach w latach 60–tych, zaskoczyła wiadomość o pana nagłym wyjeździe z kraju w 1975 roku
.
A.K. To już odległe czasy, w których w moim sportowym i prywatnym życiu wiele się działo i zmieniało, a powodów do tego było wiele. Dwa lata wcześniej zmarł redaktor Stanisław Zakrzewski - ojciec polskiej kulturystyki i w tym sporcie zapanował chaos organizacyjny, m.in. zawody zaczęto przeprowadzać wg różnych zasad i kryteriów, przeważnie wymyślonych przez lokalnych działaczy. Ponadto nie ze swojej winy - musiałem zrezygnować z prowadzenia sekcji kulturystycznej w Ognisku TKKF Polesie. Trudno było mi w takich warunkach dobrze przygotowywać się do startu w zawodach i rywalizować z dużo młodszymi ode mnie sportowcami. Nie wdając się w szczegóły, w tym czasie nie widziałem już swojej przyszłości w kulturystyce, jak również szansy na lepsze życie. Wyjechałem przez Wiedeń do Calgary w Kanadzie.

To ryzykowna decyzja
To był ostatni moment na przesadzenie swoich „korzeni” poza krajem. Wybrałem Kanadę uchodzącą za przyjazny kraj dla takich, jak ja. Miałem wówczas 42 lata, czyli wg amerykańskiego socjologicznego standardu byłem już „nierozwojowy”. Spróbowałem, wierzyłem, że dam sobie radę. W razie niepowodzenia mogłem liczyć na wsparcie ciotki od wielu już lat mieszkającej w Kanadzie.

Nie łatwo było panu przełamać ten stereotyp?
Każdy zapytany emigrant, któremu się udało, odpowie, że pierwsze lata pobytu na kanadyjskiej ziemi wymagają wysiłku, niesamowitej pracowitości, sporych wyrzeczeń i odporności psychicznej. Na początku było mi bardzo trudno, zacząłem od nauki języka angielskiego, jednocześnie pracując – w zawodzie mechanika precyzyjnego, ze specjalizacją tokarza. Umiejętności i duże doświadczenie zawodowe, które zdobyłem pracując w łódzkich zakładach przez prawie 20 lat – dały dobre rezultaty.

Calgary znane jest jako miasto, w którym odbyła się zimowa olimpiada, to raczej nie najlepsze miejsce dla fachowca w obróbce metalu?
W Polsce mało kto wie, że okolice Calgary, znanego kurortu zimowego - miejsca uprawiania narciarstwa, to ogromne zagłębie przemysłu, m.in. wydobycia ropy naftowej. W tej branży dość łatwo można było dostać pracę dobrze opłacaną. Wystarczyło być fachowcem, odpornym na surowy górski klimat.

Dostał pan odpowiedzialną pracę bez znajomości języka angielskiego?Znałem kilkadziesiąt słów po angielsku, ale bardzo dobrze w Polsce czytałem rysunki techniczne. To wiedza uniwersalna, którą bez problemu można się posługiwać w uprzemysłowionych krajach. I to właśnie ona zadecydowała o powodzeniu we wstępnej rozmowie z pracodawcą. Następnie bez sprawdzania mojego dyplomu ukończenia łódzkiego technikum odbył się praktyczny egzaminu moich rzeczywistych umiejętności zawodowych. Przeprowadził go Majster rodem z Serbii. Wręczył mi rysunek i poinstruował mieszaniną słów trzech języków, w tym polskim, bo znał je od narzeczonej, co i jak i w jakim czasie mam obrobić na ogromnej tokarce.

Duża maszyna i duża odpowiedzialność.
W Polsce „ćwiczyłem” na podobnych, więc byłem pewien, że podołam próbie. Stalowy odlew, ważący ok. 200 kg zamocowałem w uchwycie tokarni. Pomimo tego, że korzystałem z pomocy łańcuchowego wyciągu, przydała się moja „krzepa”, a tej mi nie brakowało. Majster bacznie obserwował mój każdy ruch, gdyż obrabiałem część do maszyny wiertniczej. Mój błąd - to jego utrata premii. Przed wyznaczonym czasem odlew obrobiłem zgodnie z wymiarami podanymi na rysunku utrzymując tolerancje wymiaru do 0,5 milimetra. Kontroler sprawdził i poinformowano mnie, że zostałem przyjęty do pracy z dobrym wynagrodzeniem.
Natychmiast po tym dostałem angaż zapewniający mi dobre warunki pracy i wynagrodzenie. Później dowiedziałem się, że od kilku miesięcy pracodawca bezskutecznie poszukiwał kandydata do obsługi tej obrabiarki, a wartość wykonanej przeze mnie części, to równowartość średniego samochodu osobowego.

Wszyscy byli zadowoleni.
Najbardziej Majster, ponieważ to on prawdopodobnie poniósłby koszty mojego nieudanego egzaminu. Uwierzył mi i dostał nagrodę od dyrektora za znalezienie odpowiedniego pracownika. Wkrótce staliśmy się dobrymi kolegami. Po pracy często razem wpadaliśmy do jakiegoś przytulnego lokalu, aby posmakować dobrego jedzenia, wypić małe piwo, pogadać o wszystkim i nawet powalczyć na rękę ze stałymi bywalcami, byłymi sportowcami. Ten kto przegrywał, ten stawiał. Przeważnie wygrywaliśmy.

W kraju pachnącym żywicą zaszył się pan zrywając kontakty z ojcowizną.
Nie od razu. Kilka razy byłem w Łodzi, musiałem uregulować prawnie sprawy prywatne. Przy okazji spotkałem się z bliskimi oraz znajomymi. Niestety nie starczyło mi czasu na spotkania z osobami, które znałem jedynie z kulturystyki. Obiecywałem sobie, że specjalnie przyjadę do Polski, aby wspólnie powspominać stare dzieje w kulturystyce, np. z Jerzym Baranowskim, czy Henrykiem Jasiakiem. Skończyło się na planach. Stopniowo zacząłem tracić kontakt z krajem. To może się wydawać dziwne, ale to charakterystyczny stan dla polonusów mieszkających w Kanadzie którzy tak jak ja z Polski wyjechali z „bagażem” rozczarowań, a w nowym kraju musieli szybko asymilować się, walcząc o byt. Znajomi w ojczyźnie również byli pochłonięci swoimi problemami, nastał okres transformacji gospodarczo-politycznej, którą starali się jakoś przetrwać. W miarę upływu czasu nasze kontakty stawały się coraz luźniejsze, aż się urywały...

W ostatnich latach bezowocnie szukaliśmy pana. Ja w Łodzi wypytywałem pana znajomych z siłowni, szukałem w Toronto, zaś pan Włodarek rozmawiał m.in. z Stanisławem Ptaszyńskim i Sławomirem Filipowiczem zamieszkałymi w USA . Nikt z nich nie wiedział, gdzie pan mieszka.
Nawet nie wiedziałem, że w USA, czy Kanadzie, mieszkają osoby, które w Polsce uczestniczyły w zawodach, w których i ja startowałem. Teraz wiem, że jest ich kilkunastu; sądzę, że gdyby chcieli, to łatwo by mnie odszukali, zresztą są młodsi ode mnie. np. Paweł Przedlacki - o 20 lat, z którym w Polsce poza startem w tych samych jakichś zawodach nie utrzymywałem żadnych kontaktów.
Nieraz jednak wspominam młodość i tych, z którymi rywalizowałem w kulturystyce: Janka Włodarka, Stefana Krajewskiego, Leonasa Piverionusa z Litwy i innych. Ciebie pamiętam. Na sali treningowej byłeś dociekliwy, a później pamiętam Cię już jako cenionego w Łodzi instruktora młodzieży oraz organizatora zawodów. Proszę, napisz to koniecznie w wywiadzie!

Dziękuję, cóż mi pozostało. Teraz przejdźmy do pana aktywności w sporcie na obczyźnie.
Dobrze. W Kanadzie nie powróciłem do wyczynu, wybrałem kulturystykę rekreacyjną. Na początku ćwiczyłem w siłowni należącej do wspólnoty żydowskiej. Ćwiczyło tam wielu emigrantów, w tym z Polski, w różnym wieku. Była dobrze wyposażona, a opłata wynosiła symboliczną kwotę. Byłem wtedy w dobrej formie fizycznej, wyciskałem leżąc 160 kg i w innych ćwiczeniach również imponowałem młodzieży. Jeszcze przez kilka lat utrzymywałem wysoką formę fizyczną.
Później zmieniłem siłownię na bardziej nowoczesną, usytuowaną w tzw. kompleksie sportowym, w którym również regularnie pływałem, co jest i obecnie dla mnie dużą przyjemnością. Po ukończeniu 70 roku życia oprócz pływania w lecie jeżdżę na rowerze.

W Kanadzie aktywność fizyczna seniorów jest powszechna.
Ćwiczenia ciała są wpisane w profilaktykę zdrowotną społeczeństwa, z której każdy może czerpać do woli, a seniorzy to sobie bardzo chwalą. W moim wieku niestety często zaczyna coś dokuczać. Mam kłopoty ze wzrokiem, ale nie odpuszczam, staram się regularnie ruszać, maszerować kilometrami nawet zimą. Zimy są mroźne, ale nawet, gdy dochodzi do minus 30 stopni, ochoczo wybieram się z kolegami - ciepło ubrany nad rzekę. Wiercimy otwory w lodzie i łowimy ryby. Oj smaczne, szczególnie gorące z patelni. Od czasu do czasu wsiadam do swojej terenówki i mknę w kierunku gór lub jeszcze dalej w kanadyjską puszczę. Tam jest powietrze naprawdę pachnące żywicą.

Jeździł pan do Stanów Zjednoczonych?
Często; część urlopu spędzałem w Stanach, za każdym razem w innym miejscu. Zwiedziłem ten kraj wzdłuż i wszerz, przemieszczając się samochodem przeznaczonym do turystycznych wojaży. Z tych wycieczek pozostały mi niezapomniane wspomnienia i kolorowe zdjęcia. Pewnego roku „zapuściłem się” w południowe rejony. Było co zwiedzać, a przy okazji dobrze wygrzać w słońcu stare kości. Na zakończenie pobytu kupiłem drobiazgi dla znajomych, a dla siebie po okazyjnej cenie kowbojski kapelusz i dużą puszką proteiny dla kulturystów.
Do domu wracałem w dobrym nastroju, który opuścił mnie na granicy amerykańsko - kanadyjskiej, kiedy wielki i tłusty czarnoskóry amerykański funkcjonariusz dał znak, abym się zatrzymał, a następnie polecił skierować samochód do hangaru na drobiazgową kontrolę.

Bez powodu?
Zauważył kolorową puszkę ze „strawą” dla kulturystów wystającą z torby leżącej na tylnym siedzeniu. W czasie kontroli funkcjonariusze - specjaliści od narkotyków w pierwszej kolejności zajęli się proteiną; przeczytali na etykiecie, że wyprodukowana jest w Meksyku. I się zaczęło; puszka została rozpruta, a jej zawartość oddano do laboratoryjnej analizy. Następnie graniczni mechanicy przystąpili do demontowania samochodu, który stał już na podnośniku, zaś ja zostałem poproszony do „biura” i tam sprawdzili, czy nie jestem pod wpływem narkotyku, prześwietlili żołądek i dokładnie spenetrowali dolną część ciała. Po kilku godzinach oficjalnie stwierdzili, że jestem czysty, a samochód już był doprowadzany do pierwotnego kształtu. Nikt mnie nie przeprosił, straciłem puszka legalnej proteiny. Miałem szczęście, gdyż dość często w meksykańskich puszkach z proteiną funkcjonariusze znajdowali sterydy lub narkotyki. Pomimo tego do domu wróciłem w podłym nastroju.

Przypuszczam, że ta amerykańska kontrola była jednak przyjemniejsza od tej, którą pan przeżył na początku lat 70 - tych na granicy polsko - radzieckiej?
Przeciwnie; mimo tego że wówczas granica wschodnia była szczelnie chroniona, prawie każdy był dokładnie kontrolowany przez pograniczników i można było stracić paszport za drobne celne przewinienie. Wtedy dwa razy podpadłem funkcjonariuszom radzieckim wjeżdżając do kraju Rad. I z niego wyjeżdżając. Za pierwszym razem próbowałem pod sweterkiem przemycić setkę kolorowych plastykowych pasków, które skonfiskowano. Drugi raz, gdy opuszczałem ziemię radziecką, ci sami celnicy znaleźli pod moją marynarką 200 szt. identycznych pasków do tych, które mi zabrano przy wjeździe do ZSRR.
Pomimo tego, że za każdym razem byłem poproszony do pokazania swojego gołego, ale umięśnionego ciała i z grubego w pasie obwód zmniejszył się o 40 centymetrów, nie zastałem zatrzymany na granicy, ani nie powiadomiono polskich władz sportowych o moim „przemycie”. Byłby duży „obciach”, bo wówczas okazało by się, że mistrz polskiej kulturystyki jest pechowcem i nie należy mu wydawać paszportu.
Tę moją przygodę związaną z udziałem w zawodach kulturystycznych zorganizowanych z wielkim rozmachem w Kownie przez Komsomoł dowcipnie opisał Jan Włodarek, z którym w tych zawodach rywalizowałem.

Podobno mieszka pan na skraju puszczy?
Po kilkunastu latach pracy kupiłem sobie duży parterowy dom i był on rzeczywiście otoczony świerkami kanadyjskimi, ale do prawdziwej puszczy było daleko. Dobrze się w nim mieszkało, ale kiedy stałem się emerytem sprzedałem go i przeprowadziłem się do centrum miasta.
Od sześciu lat mieszkam w dziesięciopiętrowym domu, stanowiącym własność miasta. Do 5-tego piętra jest to tzw. „Dom emeryta” dla samotnych osób. Zajmuję ładnie urządzone mieszkanie, z okna mam widok na obiekty sportowe oraz wspaniałe zaśnieżone góry. Czuje się jak w dobrym sanatorium, gdyż mam zapewnioną opiekę lekarską, dobre zdrowe wyżywienie i spełniane inne nietypowe zachcianki, jak wieczorki taneczne, uroczyste spotkania, wycieczki. I zawsze znajdą się osoby, z którymi można porozmawiać. W niedzielę prawie wszyscy mieszkańcy „domu emeryta” kibicują miejscowej drużynie hokejowej i wieczorem jest temat do dyskusji z lampką czerwonego wina.

A co mieści się nad „Domem emeryta”?
Mieszkania, raczej luksusowe apartamenty dla bogatych osób, które je nabyły za wielkie pieniądze.

Na początku roku Calgary nawiedziła powódź…
Duża woda była, ale nie dotarła do mojego piętra. Trzymała się kilkanaście dni, a my byliśmy uwięzieni. Pozostało nam oglądanie telewizji, czytanie książek i gazet. Prowadziliśmy również ożywione życie towarzyskie, nikt się nie martwił, bo na bieżąco dostarczano nam pożywienie. Zastanawialiśmy się tylko, co będzie dalej, psiocząc na tutejszy klimat.
Jedyna szkoda, to zatopiony samochód, a że był ubezpieczony, to po powodzi nabyłem sobie nowy i lepszy (śmiech).

Jesień życia ma pan socjalnie i materialnie zabezpieczoną, czego nie może powiedzieć większość emerytów z kraju na Wisłą, którzy tak jak pan ciężko pracowali.
W Polsce mam wypracowany 20 letni staż pracy, zaś w Kanadzie pracowałem i dobrze zarabiałem do 75 roku życia, więc mam dobrą emeryturę, którą pobieram w kanadyjskich dolarach. To mi wystarczy, aby żyć godnie i w dostatku. Czytam polskie gazety i rozmawiam z Polakami , którzy za chlebem tak jak ja wyjechali z kraju oraz z młodymi, którzy przybyli w ostatnich latach. Po zmianie ustrojowej dla ich bliskich w Polsce miało być lepiej, a ci będąc już emerytami wegetują, są bez opieki, nie stać ich na lekarstwa, chorują. Ja choć jestem sam, nie mam obawy, że czeka mnie pobyt w obskurnym „przytułku”.

Po brzmieniu pana głosu sądzę, że fizycznie trzyma się Pan dobrze.
Niestety, tężyzny fizycznej pozostało niewiele, to i zdrowie nie takie, jakie bym chciał. Od ponad dwóch lat mój sędziwy wiek i wynik ciężkiej pracy zmusza mnie do częstych wizyt u lekarza. Miałem dolegliwe kłopoty ze wzrokiem. Jestem już po operacji tzw. zaćmy, teraz widzę lepiej, ale nawiedza mnie depresja, która jest m.in. skutkiem długiego przebywania w pomieszczeniu. Mam nadzieję, że z pomocą lekarza i słonecznej pogody niebawem rozruszam ciało, zaczynając od spacerów wśród zieleni, później zabiorę się za delikatne ćwiczenia gimnastyczne.

Zdrowia Panu życzymy!
Rozmawiał: Mirosław Głogowski (Londyn).
Współpraca: Maciej Szymański (Kalifornia), Jan Włodarek (Warszawa).

CIĄG DALSZY NASTĄPI
Rej.784./WYWIADY - 34/ /2014.05.30/JWIP.PL



Prośba do rejestrujących się na naszym forum


PROSIMY NIE WCHODŹCIE NA NASZE FORUM, JEŚLI NIE MACIE NIC DO NAPISANIA. FORUM JEST PRZYJAZNYM MIEJSCEM WYMIANY POGLĄDÓW, INFORMACJI, SPOSTRZEŻEŃ, UWAG, PROPOZYCJI ITD. DOTYCZĄCYCH PRZEDE WSZYSTKIM ĆWICZEŃ SIŁOWYCH.

NIE TOLERUJEMY TZW. OGLĄDACZY, KTÓRZY NIE MAJĄ ZAMIARU PRZYJĄĆ TEGO DO WIADOMOŚCI.

ZAKŁADAMY, ŻE OSOBY ZAMIERZAJĄCE SIĘ REJESTROWAĆ NA FORUM UWZGLĘDNIĄ TEN APEL.
JWIP.PL


Pionierzy tworzyli historię

Na zdjęciu: Mieczysław Krydziński, 1965 rok, z arch J.W.)

Tworzyli i realizowali. Jeden z nich kol. Jan Włodarek swoim artykułem pt. „Powracają pionierzy naszej kulturystyki”, zainaugurował cykl „Uchronić przyszłość dla przeszłości”.
Trzeba jednak wykonać ciężką pracę, aby do tego doprowadzić. Właśnie o tym, i w jaki sposób i zakresie ją wykonać, przeczytacie w naszym dziale: „PIONIERZY”.

Przeczytajmy artykuły: "Powracają pionierzy naszej kulturystyki", "Stanisław Wielgus - rozpoczął od tańca", "Pamięć o Pionierach Kulturystyki", "Stanisław Wielgus pomaga chorym". "Niesamowity wyczyn Daniela Pasternaka. 140 kg na 75 urodziny!", "60 - te urodziny Sławomira Filipowicza", "Przybył do nas Maciej Szymański", "Stanisław Ptaszyński wybrał się do Warszawy", "Dr Waldemar Wojciech Bednarski nie rdzewieje" , "Pożegnanie Andrzeja Laskowskiego", "Zbigniew Małachowski: człowiek z pasją", O Witoldzie Majchrzaku: "Jego życiorys to gotowy scenariusz filmowy", "Witold Majchrzak sześćdziesiąt lat na sportowej arenie","Pozegnaliśmy Mariana Rossę", itp.

Zapraszam, 28 października 2009 r.

Ostatnia aktualizacja 11 lutego 2015, godz. 11:33


Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
Po co ćwiczysz? ...
Kolejny medal Kon...
Ryż ważnym skład...
Inwalida Alan Mea...
Narodowe Święto N...
Flesz
Sopot, 1969 r.
Sopot, 1969 r.
50 LAT "BŁYSKAWICY" 1958-2008
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE