Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
4205458
osób.
Oni są z nami:
Pułkownik kontra przemytnicy. Autor: Jan Włodarek

JAK TO BYŁO KIEDYŚ

Do połowy lat 80-tych nie można było żyć z samej kulturystyki, a uprawianie jej na wyczynowym poziomie wiązało się ze znacznymi kosztami, zaś nagrody za zwycięstwo, nawet na mistrzowskich zawodach, były bardzo skromne - przeważnie kryształowy wazonik z plakietką lub przeceniona torba sportowa. Nawet Ci z mistrzów, którzy byli instruktorami ćwiczeń siłowych zarabiali w tym fachu niewiele, bo miesięcznie około połowę średniego miesięcznego wynagrodzenia w kraju.

Nadzieje na lepszą przyszłość dawała gospodarka rynkowa, rodząca się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i popularyzująca hasło „bierzmy sprawy w swoje ręce”. Wzięli je też kulturyści. Niektórzy na wiele lat przedtem...
W latach 60-tych i 70-tych czołowi kulturyści byli na ogół mało wymagający. Cieszyli się, że w ogóle mogli uprawiać swoją ukochaną dyscyplinę i rywalizować w zawodach z kolegami. Nie mieli marzeń robienia kariery w kulturystyce i utrzymywania się z niej. Kulturystykę traktowali jako sportową przygodę. Swoją przyszłość widzieli w nauce i pracy.

Nieraz wyjeżdżali za granicę na zawody, ale tylko do krajów socjalistycznych. Tam kupowali coś dla siebie lub swoich najbliższych, ale nie zawsze wystarczała niewielka suma pieniędzy z przyznanej im diety wyjazdowej. Musieli więc kombinować, kupując na „czarnym rynku” trochę socjalistycznej waluty lub zabierać dla braci kulturystów „upominki” stanowiące tzw. towar wymienny.

Nasi mistrzowie szczególnie chwalili sobie wyjazdy do ZSRR. Tam byli zawsze przyjmowani gościnie i z wielkimi honorami, a organizatorzy zawodów (organizacje komsomolskie) dbali o to, aby naszym mistrzom niczego nie brakowało. Startowali w silnej obsadzie, a mieszkali w dobrych hotelach, gdzie serwowano im urozmaicone i pożywne posiłki. Mieli też zapewnioną rozrywkę w młodzieżowych klubach tanecznych. Nie bez znaczenia dla dobrego nastroju było również to, że rosyjscy celnicy na ogół nie przeglądali bagaży kulturystycznych ekip, a jeśli już, to z ojcowską wyrozumiałością.
Prawdą jest, że ilość i wartość tego, co nasi przewozili, była niewielka i nie istniały obawy, że rosyjskie srogie służby graniczne miałyby podstawę „szarpać” naszych mistrzów. Sielanka trwała do czasu...


W 1969 r. polskie władze kulturystyczne postanowiły, że po międzynarodowych zawodach w Sopocie nasi najlepsi kulturyści, w nagrodę i w ramach wizyty przyjaźni, wezmą udział w dużych i prestiżowych zawodach w Wilnie, organizowanych tam z wielkim rozmachem z okazji jubileuszowej rocznicy powstania miasta.
Do tych zawodów szykowali się mistrzowie ówczesnej Czechosłowacji, mający już sukcesy na mistrzostwach Europy i świata oraz najlepsi zawodnicy z Węgier, NRD, Bułgarii i z całego ZSRR - w sumie około 180 zawodników. Nasi też mieli szansę na sukces, gdyż ich mocną stroną były konkurencje siłowe, które wtedy obowiązywały w kulturystyce, więc przed tymi zawodami ostro trenowali nawet podciąganie na drążku, które było jedną z obowiązujących konkurencji tych zawodów.

Informację o tym, co kto chciał sobie kupić przy okazji tych zawodów wymienili między sobą dopiero w pociągu. Sławomir Filipowicz (mieszkający obecnie w USA) i Jan Włodarek chcieli kupić po aparacie fotograficznym „Zenit”, Wiesław Wnęk, Antoni Wojewoda i Stanisław Kowalski - radioodbiorniki tranzystorowe, a Krzysztof Polubiec: futrzaną czapkę i srebrną bransoletkę dla narzeczonej. Największe plany handlowe miał mistrz Antoni Kołecki z Łodzi (obecnie mieszka w Kanadzie), który do przedziału przytaszczył dwie wielkie i wypchane walizki, a swoją wypowiedzią wprowadził wszystkich w zdumienie.
- Chłopaki, ja kupuję brylanty! Co tak wybałuszacie gały ? W walizach mam 2 tysiące plastikowych damskich pasków, które wziąłem w komis od kolegi producenta. Są modne, czerwone ze złotą klamrą. W Wilnie sprzedam je po 5 rubli za sztukę. To będzie 10 tysięcy i wystarczy na 2 brylanty, które sprzedam w Łodzi., Z tego zwrócę dług w złotówkach kumplowi jako równowartość pasków i jeszcze zostanie mi fortuna!


(Na zdjęciu Antoni Kołecki, fot. Janusz Kreczmarski)

Na słuchaczy padł blady strach. Przecież to zwyczajna kontrabanda! W ZSRR można otrzymać za to co najmniej 2 lata „turmy”. I jakby co, to groził jeszcze skandal polityczny, gdyż jechaliśmy na zawody organizowane przez Komsomoł.
Antek wcale się tym nie przejął, miał wizję wzbogacenia się i to go uspokajało:
- Teraz dla wszystkich zamawiam po butelce radzieckiego szampana, a później każdy z was zapakuje w swoich bagażach po 100 pasków, pozostałe ja przewożę. Zapewniam was, że nikogo nie będą sprawdzać, bo nasza ekipa, to sprawdzeni wielokrotnie mistrzowie!
Niech mu będzie, jak chce! Sławomir. Filipowicz, Krzysztof Polubiec, Antoni. Wojewoda i Jan Włodarek przytaknęli. Kilkakrotnie już startowali w Kraju Rad i celnicy nigdy mistrzom nie sprawdzali bagaży. Rosyjscy pogranicznicy byli w porządku. Sławek Filipowicz, najlepszy nasz junior, zwany „polskim Frankiem Zanem” dowcipnie dodał:
- Byłem już kiedyś na Syberii, więc jak nas złapią, to poprosimy o zatrudnienie nas w syberyjskiej tajdze przy wyrębie drzew, lub będziemy polować na wilki. Tam szybko wyrobimy sobie super - męską krzepę i celne oko!

Pech chciał, że w Grodnie na pociąg, którym jechali nasi sportowcy, szykowała się nie tylko cała gromada celników, ale również inne służby, dla których miał to być okresowy sprawdzian skutecznego działania, oceniany przez specjalistów z Moskwy. Szli jak buldożery i „trzepali” przedział po przedziale, od podłogi do sufitu, a podróżnych nawet rozbierali do golasa. Doszli tak do przedziału z naszymi zawodnikami, a tu wszyscy na luzie i w skowronkach. Nasz kierownik Aleksander Bondarczuk, silny punkt ekipy, nic nie wiedzący o „aferze paskowej”, biegle władający językiem rosyjskim, przedstawił służbom cel naszej podróży, skromnie zaznaczając, że jest prawie polityczny, gdyż władze wileńskiego Komsomołu czekają na nasz przyjazd.
Szef "trzepaczy", pułkownik o posturze zapaśnika wagi ciężkiej, po skrupulatnym wysłuchaniu mowy naszego „kamandzira”, powiedział:
- Nu, w pariadku! Przepuścić wszystkich, ale dla przykładu sprawdzić tylko jednego, żeby nikt nam nie zarzucił jakiegoś kumoterstwa!

Na wszystkich od razu padł blady strach, tylko nie na Antka. Deklarację pułkownika przyjął Antek z uśmiechem godnym mistrza. przemytników Niestety, ta pewność siebie go zgubiła, ponieważ pułkownik wybrał do kontroli właśnie jego. Jak na kulturystę. Normalnie to kulturysta wydawał się zbyt gruby.
I już po chwili Antek w asyście celników i kierownika ekipy opuścił wagon, zabierając tylko podręczą torbę. Miał tak sporo szczęścia, ponieważ pułkownik udał, że nie widzi jego wypchanej walizy, a zarazem pecha, bo na życzenie celników musiał rozebrać się do „rosołu” i stracił bezpowrotnie 600 pasków, którymi był opasany. Dzięki temu od razu zyskał na sylwetce.

Po ujawnieniu tego Antkowego „przemytu” wszystkim zrobiło się gorąco. Sądziliśmy, że nasz kierownik będzie musiał zapłacić dużą karę pieniężną, natomiast Antka trzeba będzie odesłać z powrotem do Łodzi. Zanosiło się też na to, że pozostali członkowie będą mieli za chwile rozbebeszone bagaże, a może nawet osobistą rewizję. Istna katastrofa! Wizja żartów Sławka. Filipowicza mogła się urealnić!
Wszyscy musieli opuścić pociąg i czekać, a tymczasem pociąg odjechał bez nich.
Na szczęście kierownik naszej ekipy okazał się wielkim znawcą radzieckich obyczajów. Zatelefonował z miejsca postoju do wileńskich władz, a one do pułkownika, przekonując go, że zawody ważniejsze są od pasków, a zawody bez polskiej reprezentacji stracą na wartości. Ale co robić, kiedy po pociągu pozostało już tylko wspomnienie?
Otóż władza polityczna zarządziła, że polski „mistrz przemytu”; wraz z całą ekipą ma dalej jechać, tyle że prywatnymi taksówkami na koszt pograniczników, którzy ośmielili się dokonać rewizji. I tak się stało.

W dwie godziny po przyjeździe do Wilna nasza ekipa w pełnym komplecie wystąpiła przed salą wypełnioną do ostatniego miejsca. Nastąpił entuzjastyczny pokaz siły i mięśni pod patronatem Komsomołu. Były owacje i pamiątkowe zdjęcia z ładnymi komsomołkami na tle portretów wodzów rewolucji. Jak się okazało później zdjęcia miały swoją wartość, i to wcale nie byle jaką.

Następnego dnia odbył się już nie pokaz, ale prawdziwe zawody, na których nasi nieźle wypadli: Sławomir Filipowicz, Antoni Kołecki, Jan Włodarek i Wiesław Wnęk zdobyli medale, a pozostali doszli do finału w swoich kategoriach. Później odbył się bankiet i tańce do północy, a rano, zaraz po śniadaniu wszyscy ruszyli zwiedzać miasto, a głównie sklepy. Każdy kupił sobie upragniony przedmiot, natomiast Antek Kołecki, mając jeszcze do zbycia 1400 czerwonych pasków (bo 600 stracił podczas rewizji), wybrał się na miejscowy bazar, a tam spotkało go jednak dalsze niepowodzenie. Owszem, oglądających przemycony towar było wielu, ale niewielu cokolwiek kupiło i to tylko po jednym rublu za sztukę.

Do Polski Antek wracał z 1300 paskami, więc znów poprosił kolegów, aby zaopiekowali się częścią jego „;towaru”. Nie wypadało odmówić nieszczęśnikowi.
Zbliżało się Grodno. Kierownik ekipy miał złe przeczucia, więc pospiesznie zebrał od zawodników ich medale, komsomolskie dyplomy i pamiątkowe zdjęcia na tle portretu Wodza Rewolucji, aby złe duchy odpędzić.

Niestety, „złe duchy” były nie do zdarcia. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby trafić drugi raz na graniczną speckontrolę i znanego nam już pułkownika. Oczywiście bardzo się ucieszył, jak tylko nas zobaczył. Wypytał szczegółowo o zawody i obejrzał trofea zebrane przez naszego kierownika. Pogratulował sukcesów, a do osobistej kontroli zabrał... tylko Antka, który znów wyglądał jak wielki bąk: gruby w pasie, raczej jak emerytowany biznesmen, a nie kulturysta.

Jak pech, to pech! I tym razem celnicy znaleźli u niego 600 pasków. Pułkownik śmiał do rozpuku, o mało czkawki nie dostał. Na koniec poklepał Antka po plecach i powiedział mu, że jest czarodziejem, bo w obie strony przewozi to samo...
- Wwozi i traci, powraca i znów je ma! Wykrzyknął ubawiony. - Więc też je straci, a pieniędzy nie ma!
Machnął ręką na pożegnanie, wcale nie tracąc wesołego nastroju, a my swobodnie wjechaliśmy do Polski, „ratując” Antkowi 700 czerwonych pasków z tego, co przy nas zostało.

W Warszawie na pożegnanie nasi mistrzowie wypili kwas chlebowy, który w butelkach dostali na drogę, oraz zrobili sobie pamiątkowe zdjęcia przemyconym aparatem „Zenit”.

Uczestniczy wyjazdu jeszcze przez kilka lat spotykali się na różnych zawodach międzynarodowych i krajowych, startował też w nich Antek, ale nigdy już nie chciał rozmawiać o swoim wileńskiem „interesie” ani też o żadnej innej fortunie. Pod koniec lat siedemdziesiątych wyjechał na stałe do Kanady i tam dalej ćwiczy dla zdrowia albo, kto wie, może robi tam dobry biznes? /
Autor: Jan Włodarek Maj 2004 r.

Rej 42/JW. – 2/07.04.2010
Ostatnia aktualizacja 26 kwietnia 2010 r. godz. 11:13


Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
Przemysław Kwiatk...
Stawiałem na wsze...
Cytryna na zdrowi...
Z Antonim Kołecki...
Z Antonim Kołeck...
Flesz
Młodość
Młodość
GALERIA PRAC WOJTKA SIUDMAKA
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE