Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
4302448
osób.
Oni są z nami:
Ze Stanisławem Ptaszyńskim rozmawia Jan Włodarek

Chciałem być silnym, ładnie zbudowanym i żyć w wolnym kraju.

(Na zdjęciu: Staszek w Sopocie 1970 r.).


Kolega z siłowni Stanisław Ptaszyński - magister wychowania fizycznego, instruktor kulturystyki i czołowy kulturysta lat sześćdziesiątych, wyjechał z Polski w roku 1981. Zostawił za sobą wszystko co osiągnął i co miał. Kilka lat później dowiedziałem się, że zadomowił się w Chicago i tam zaczął od podstaw nowe życie. W połowie 2010 roku odnalazł moją stronę JWIP.PL i przez Internet odnowiliśmy znajomość. Przyjechał do Warszawy i wróciły nasze wspólne wspomnienia z młodości, związane głównie z kulturystyką.

Przez kilka dni było o czym serdecznie rozmawiać. Zaproponowałem Staszkowi zrobienie wywiadu, a on się ucieszył. Na moje pytania ciekawie i długo odpowiadał, najpierw w Warszawie a później już po powrocie do domu za pośrednictwem internetu. Na bieżąco utrwalałem je w formie pisemnej lub nagrywałem dyktafonem. Trwało to prawie rok, bo nasze rozmowy odbywały się z długimi przerwami.
Wywiad rozrósł się do rozmiarów „rozmowy – rzeki”, niestety jego wielkość trzeba było dostosować do możliwości technicznych strony JWIP.PL, więc skróciłem go do postaci niżej prezentowanej.


Jan Włodarek:
Dobrze, ze nareszcie, chociaż na dwa tygodnie wyrwałeś się z Ameryki. Podejrzewam, że nostalgia i wspomnienia za ojczystym krajem dały ci skrzydła , na których wylądowałeś w Warszawie.
Stanisław Ptaszyński: - Ojczyzny nie można zapomnieć, bo jest ona głęboko w sercu. Tęsknota za krajem towarzyszy zawsze i to bez względu na to czy gdzieś na krańcu świata dorobiło się dużych pieniędzy, czy też nie. Wśród Polonusów często powtarza się, że kiedyś przyjdzie taki dzień, że trzeba będzie wrócić na ojcowiznę, bo jak nie to serce rozsypie się na drobne kawałki. W rzeczywistości są i tacy, którzy stracili kontakt z krajem i podobno z tego powodu nie rozpaczają. Ja w to jednak nie wierzę, gdyż kryją się z tym w salonach swoich „pałaców” lub „budach” osiedli biedoty.
Na Okęciu wylądowałem płynnie, za co wraz z pasażerami samolotu nagrodziłem pilotów hucznym oklaskami.

Co robiłeś przed wyjazdem?
Już nie pracuję zawodowo. W ostatnich dniach przed odlotem do Polski ustalałem sobie plan pobytu, planowałem kogo odwiedzę, jakie kupię im prezenty. Bardzo cieszyłem się, że spotkam kolegów z młodości i tych jak ja jeszcze ćwiczących kulturystykę. Biegałem po sklepach wyszukując drobne upominki dla znajomych. I wszystko skrupulatnie pakowałem do walizek. Od wielu lat wraz z żoną czytamy polskie książki. Ucztę czytania robimy sobie w zimowe wieczory siedząc przy kominku i czytając książki uznane w Warszawie za bezsellery. Kilka dni głowiliśmy się sporządzając listę tytułów książek - – nowości, które zamierzałem kupić w warszawskich księgarniach. Wraz z żoną szukałem ich przez klika tygodni w polskim Internecie oraz w prospektach polskich księgarń w Chicago. W tej gorące przygotowań do wyjazdu nie mogliśmy zapomnieć o dniu święta narodowego (Memorial Day) i po śniadaniu pojechaliśmy na piknik, który trwał do późnych wieczornych godzin.




(Na zdjęciu: Joanna i Staszek, 2011 r.).

W dniu święta piknik to tradycja?
To miły zwyczaj. Ale z innych okazji są wystawne pikniki. Kilkanaście razy w roku i to od 29 lat spotykamy się gronie ok. 30 osób, bliskich sobie przyjaciół mających głębokie korzenie w kraju nad Wisłą. Są to osoby przeważnie w naszym wieku, na ogół dobrze sytuowane finansowo, bo mające swój biznes i stałe dochody. Mają, więc czas na miłe i wesołe spotkania towarzyskie i wspominanie lat spędzonych w ojczystym kraju.
Dobrym zwyczajem jest to, że kolejny piknik urządza inna rodzina.
Joanna (moja żona) i ja co roku urządzamy, spotkanie „objadanie się żeberkami”. Najbliżsi nasi sąsiedzi przygotowują. uroczystość przed świętami Bożego Narodzenia - dzielimy się opłatkiem, składamy życzenia i śpiewamy kolędy. Ja jak zawsze uzdolniony „muzycznie w śpiewaniu na całe gardło” (jak belfer na lekcjach wuefu), kilka dni później mam chrypę jak po wypiciu pół litra polskiej wyborowej. Jak wiesz nie piję alkoholu! Do następnego pikniku, który przygotowuje inna rodzina dochodzę do siebie (śmiech).

Jest sympatycznie w gronie przyjaciół, ale jak było w pierwszych dniach pobytu na ziemi amerykańskiej?
Dobrze się zapowiadało, bo nim wyleciałem z Polski do Stanów na lotniku Okęcie spotkałem kolegę z siłowni - Stefana Niedziałkowskiego, który tym samym samolotem, co ja wracał do Nowego Jorku. Mieszka tam długo już prowadził studium tańca nowoczesnego i pantomimy.
Do Stanów przyleciałem w dzień moich 39 - tych urodzin, było to 18 września 1981 roku. Zdawałem sobie sprawę, że jak na amerykańskie realia i zwyczaje, to byłem już za stary na robienie kariery. Naładowany jednak optymizmem, a przy tym przygotowany językowo do podjęcia pracy prawie od następnego dnia, miałem realny plan.

Pomogli znajomi mieszkający w Stanach?
Wyjechałem za „chlebem”, z postanowieniem, że już w tym kraju zostanę na stałe. Plan musiałem więc tworzyć wspólnie z tymi na których liczyłem, że pomogą mi w USA.
Na nowojorskim lotnisku czekał na mnie Sławek Filipowicz, już na trwałe zakorzeniony w Stanach. Byłem tym mile zaskoczony, później się wyjaśniło, ze ojciec Sławka, którego dobrze znałem, zawiadomił go o której godzinie przylatuję. Sławek serdecznie mnie powitał, spędziłem u niego w domu kilkanaście dni. Pokazał mi miasto, byłem pod "kamienicą" Dakota, gdzie mieszkał John Lennon, zastrzelony kilka miesięcy przed moim przyjazdem. Dokładnie zwiedziłem Broadway ze słynnymi teatrami gdzie występowały światowe gwiazdy musicalu i filmu. Była chwila, gdy idąc ulicą pomyślałem, że śnię, bo naprzeciwko mnie kroczył Woody Allan.

Trenowałeś?
Kilka razy razem ze Sławkiem w klubie kulturystycznym, w którym regularnie trenował. On męczył się, zaś ja ćwiczyłem rekreacyjnie, ciekawie rozglądając się dokoła.
Na pożegnanie Sławek pomógł mi kupić tani bilet na samolot do Chicago. a tam już miałem realizować swój plan także w zakresie kulturystyki. Przez następne miesiące, byłem ze Sławkiem w kontakcie telefonicznym, a potem jak to nie raz w życiu bywa kontakt się urwał.

W Chicago mocno stanąłeś na nogach?
Zamieszkałem u kolegi jako jego drugi współlokator w wynajmowanym lokalu. Dzięki kuzynowi, który był zadomowiony w tym mięście, juz następnego dnia po przyjeździe do Chicago miałem pracę na "posterunku policji", czyli jakby dzielnicowym komisariacie. Wpadłem w wir, ponieważ zostałem „janitor-em" – czyli osobą mająca oczy dookoła głowy, pilnującą, aby na posterunku było czysto. Zostałem sprzątaczem! Nie było dużo pracy, bo nocna zmiana wykonywała czarną, czyli brudną robotę. Rano musiałem tylko wyczyścić podłogę w holu, szczególnie dokładnie w dniach, w których padał deszcz lub śnieg. Uzupełniałem papier toaletowy, pucowałem lustra w łazienkach i pilnowałem, aby przed wejściem nie było śmieci.

Z dyplomem magister wychowania fizycznego uzyskanym na warszawskiej AWF zostałeś sprzątaczem.
Była to praca mało ambitna, ale wówczas dla mnie bardzo ważna. Już w pierwszych dniach na ziemi amerykańskiej dawała mi pieniądze niezbędne do życia.
Pracowało mi się dobrze i to tylko pięć razy w tygodniu od poniedziałku do piątku. Ludzie byli przyjaźnie do mnie nastawieni.
Pytali skąd jestem i jak na długo przyjechałem, ciekawiło ich czy mi podoba się w Chicago.
Kilku policjantów, jak się dowiedzieli, że jestem Polakiem to z dumą pokazywało mi służbową plakietkę z polskim nazwiskiem. Nie mówili po polsku, wyczuwałem, że nie są z tego zadowoleni.

Nietypowo, bo każdy kto przebywał w Stanach zetknął się z niepochlebnym dowcipami na temat Polaków.
To prawda, nieprzyjemnych dowcipów i stereotypów w amerykańskim społeczeństwie jest wiele. Najgorsze jest to, że one od lat są stałe i silnie utwierdzone w amerykańskim społeczeństwie przez gazety, stacje radiowe i telewizyjne. Od wielu lat dowcipy o nas bywają powtarzane na towarzyskich spotkaniach Amerykanów.
Obecnie w Los Angeles powstaje produkcja programu rozrywkowego TV, która ma się nazywać „Warszaw Chicago”, będzie to reality show o modelowej polskiej rodzinie, oparte o „swojskie dowcipy o Polakach”. To podobno ma gwarantować duże wpływy do kasy producenta.
Stereotypom ulegają znani ludzie: lokalni politycy, aktorzy, biznesmeni itp. Nawet wspomniany Woody Allenowi w jednym z filmów wymknęły się niepochlebne słowa -„nigdy więcej polskich kobiet…”.

W komisariacie policji nie było takich głupot, ale pewnie nieraz groźnie?
Nie słyszałem, aby w mojej obecności policjanci lub klienci komisariatu zabawiali się kosztem Polaków.
Amerykańska policja jest profesjonalna i znana ze skuteczności, więc na „posterunku” klienci odnosili się z szacunkiem do policjantów i pracowników cywilnych posterunku. Byli grzeczni, wręcz potulni jak małe baranki, na poczekalni cierpliwie czekali na załatwienie swojej sprawy, po czym „bezszmerowo” opuszczali gmach urzędu. Zdarzały się jednak humorystyczne sytuację.

Słucham… Pewnego dnia policjant o nadmiernej tuszy poprosił mnie o pomoc w pakowaniu pistoletów, które odebrano przestępcom. Nie należało to do moich obowiązków, ale z chęcią udałem się do piwnicznego pomieszczenia, a w nim na podłodze zobaczyłem stos pistoletów i rewolwerów różnych marek. Udałem, że mnie to nie dziwi i ochoczo zabrałem się do pakowania broni po kilkanaście sztuk w pudełku. Po kilkunastu minutach mój „szef” zmęczył się schylaniem i poprosił abym dalej pakował, a sam oddalił się, zostawiając mi zaszczyt obcowania z bronią. Przez kilka godzin uczynnie pakowałem do kartonów dowody przestępstwa. Odczuwałem to w krzyżu, ale było przyjemnie trzymać w ręku najprzeróźniejsze pistolety, szczególnie kultowe colty. Najbardziej jednak podobał mi się stary rosyjski nagan z kaburą z drewna. W razie potrzeby można było nagan połączyć z kaburą i była już kolba pozwalająca strzelać z naganu jak z małego karabinka. To historyczna broń z czasów Rewolucji Październikowej, ale była w idealnym stanie.

Mogłeś sobie „pożyczyć" kilka rewolwerów?
Bez trudu i ryzyka w pierwszej kolejności wspomniany nagan, który ma dużą wartość dla kolekcjonerów broni - około 2 tys. USD, co wówczas były kwotą zawrotną dla emigranta.
Po zapakowaniu militarnego żelastwa i co do sztuki, przez prawie pół godziny musiałem szukać swojego „szefa”, a on zadowolony siedział w pobliskim barze, w którym kawę podawała piękna Polka, szczupła o dużych piersiach i niebieskich oczach.

Spotkał cię niespotykany dowód zaufania.
Miłośnik kobiet słowiańskiej urody był starym policyjnym wygą, z przeszłością nie mniejszą niż filmowi bohaterowie grani przez człowieka – demolkę Steve Segala. Znał się dobrze na ludziach. Ze mną często rozmawiał o życiu i ćwiczeniach kulturystycznych, chwalił moją sportową sylwetkę. Gdy nareszcie zjawił się „w składzie przestępczej zbrojowni”, to popatrzył na podłogę i na pozamykane pudełka, a na końcu na mnie i z radością w oczach powiedział:
- nie musisz meldować. Ok, dziękuję! Teraz te całe żelastwo pojedzie do huty, a tam z niego zrobią bron dla chłopaków z marines. Pewnie w młodości służył w tej formacji.
Zapytałem czy nie warto aby kilka pistoletów trafiło do muzeum policji, szczególnie nagan rosyjskich rewolucjonistów. Zaprzeczył głową i odpowiedział – takie są przepisy w USA. Przepisy przepisami ale dlaczego nie zapytał mnie, czy aby wszystkie pistolety zapakowałem?

Zaufanie amerykańskiego stróża prawa wykroczyło poza prawo!
Miał intuicję i mnie wierzył. Kilka miesięcy później, sumienie wykonując swoją pracę uchroniłem innego policjanta - o długim stażu - od wylania, ze służby i utraty emerytury.
O tym wydarzeniu długo jeszcze komentowano w środowisku chicagowskich policjantów.

Ciekawe…
W zastępstwie kolegi, będąc na wieczorowej zmianie, opróżniałem kosze na śmiecie. Z kosza wyjmowałem wypełniony plastikowy woreczek, zawiązywałem go tasiemkami i wrzucałem do dużego pojemnika na kółkach.
Przy jednym z biurek wyjmując woreczek zapełniony papierami poczułem ze on jest zbyt ciężki, zajrzałem do środka i rozgarnąłem papiery, a tam wystaje kolba służbowego pistoletu. Nie zrobiłem szumu, dyskretnie podzieliłem się odkryciem z policjantem o polskim nazwisku, który zjawił się w komisariacie, aby objąć nocny dyżur. On zaraz zadzwonił do właściciela pistoletu z kosza, który w tym czasie już po służbie popijał piwo będąc już dobrze wstawionym w jakiejś knajpie. Pistolet, więc został do następnego dnia zamknięty w szufladzie. Następnego dnia trafił do właściciela. On wdzięcznie podziękował i wyjaśnił, ze przed udaniem się do domu pistolet położył na skraju biurka i rzucił nań jakieś ważne papiery. I pewnie, jakim cudem bron znalazła się w koszu na śmiecie a on w knajpie.
Miała to być wielka tajemnica, ale w dniu, w którym otrzymał informację o pistolecie znalezionym w koszu był w stanie upojenia i natychmiast wszystko wypaplał kuplom przy barze.

W Chicago dowiedziałeś się o wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego?
13 grudnia 1981 roku. Czekając rano na autobus do pracy zobaczyłem w skrzynce gazetowej „Chicago Triybune" z dużym zdjęciem Wojciecha Jaruzelskiego oraz artykuł informujący, że w Polsce wprowadzono „Stan Wojenny". Dowiedziałem się, że internowano tysiące ludzi, działaczy Solidarności oraz byłych członków rządu z Gierkiem i Jaroszewiczem na czele.
Dla polskich emigrantów było to wielkie i smutne wydarzenie, niepokój o najbliższych. W kraju telewizja, radio, prasa na bieżąco informowała o sytuacji w Polsce.
13-tego grudnia na wniosek prezydenta Regana i Kongresu Stanów Zjednoczonych wszyscy Polacy, którzy przejechali do Stanów przed tym dniem otrzymali prawo tymczasowego pobytu w USA, aż do momentu, kiedy w Polsce sytuacja polityczna i gospodarcza stanie się stabilna.
W Komisariacie Policji swoją „odpowiedzialną” prace wykonywałem do wiosny 1982 roku.

Ale przez okres pracy w „policji” wieczorami trenowałeś swój ulubiony sport?
Ćwiczenia kulturystyczne były moim zdrowym nałogiem, przecież trening ze sztangą miałem wówczas we „krwi” od 20 lat. Trudno byłoby mi bez niego wytrzymać. Już po tygodniu pracy „policyjnej”, w wolną sobotę śmiało przekroczyłem progi miejscowego ośrodka kulturystycznego, otwartego przez 16 godzin na dobę. Zapłaciłem 25 dolarów za miesięczną kartę wstępu. Kwota ta wówczas była dla mnie duża, bo przecież stanowiła równowartość (po kursie rynkowym) mojego miesięcznego wynagrodzenia w Polsce.
Ośrodek ćwiczeń był nowoczesny, wyposażony w nadmiar sprzętu na wszystkie grupy mięśni, w tym maszyny i urządzenia , których nie było w warszawskich siłowniach. Był także znany mi sprzęt typu sztanga, sztangielka, ławeczka, ale były one wykonane perfekcyjnie, wszystko poniklowane.
Każdy użytkownik miał szafkę na ubrania, a do dyspozycji prysznice, sauna i 20 metrowy basen. Ćwiczyłem z przyjemnością tak jak w Polsce 3 razy w tygodniu, a mogłem 7 razy w tygodniu w godz. od 6 do 22. Systematycznym treningiem rozbudowałem mięśnie i zwiększyło moja siłę, która wkrótce bardzo się przydała.

Po odejściu od policjantów gdzieś musiałeś pracować, aby trenować?
I na to byłem przygotowany. Po zdanym egzaminie uzyskałem amerykańskie prawo jazdy i kupiłem sobie samochód marki „Merkury Cougar”, nazwałem go "Smokiem”, bo był duży, a przy tym spalał jak czołg tanią wówczas benzynę. Mając taki samochód i umięśnioną sylwetkę sprawiałem dobre wrażenie. Podjechałem samochodem pod biuro właściciela firmy z którym byłem umówiony a miałem protekcje ze strony znajomego i od policji Komisariatu.
Przedstawiłem się przyszłemu szefowi i to wystarczyło abym „ od zaraz” mógł podjąć pracę na stanowisku wymagającym sporo „krzepy”. Nie bez znaczenia dla tak szybkiego tempa zatrudnienia było to, że szef miał polskie korzenie. Liczyłem na to, ze mając pracę u rodaka będę szybko awansował, czyli więcej zarabiał.

Twoje przypuszczenie sprawdziło się?
W pierwszych dniach okazało się, że moja siła fizyczna jest bardzo przydatna przy pracy fizycznej przy wymianie ogromnych zbiorników na stacji paliw.
Było to bardzo ciężkie i wyczerpujące zajęcie. Trzeba było kuć beton młotem pneumatycznym, kopać rowy w których układało się rury. Z czasem nauczyłem się obsługiwać małe koparki, spychacze i inne maszyny, praca stała się łatwiejsza.
Pracowałem z koleżeńskimi młodymi ludźmi, rzetelnie wykonując swoje obowiązki.
Wszechstronność zawodowa jest w Stanach bardzo doceniana, wiec starałem się uczyć innych specjalności zawodowych. Nie mając prawa jazdy uprawniającego do prowadzenia dużych ciężarowych samochodów, miałem prowadzić ogromną ciężarówkę wyładowaną sprzętem mechanicznym potrzebnym do wykonywania bieżących robót. Szef widocznie uznał, że jak jeżdżę poprawnie dużym samochodem osobowym, to dam sobie rade kierować ogromna ciężarówką. Bez problemu wykonywałem polecenia, ale zdawałem sobie sprawę, że w przypadku kontroli policyjnej miałbym poważne kłopoty, szef pewnie powiedziałby wtedy, że samowolnie pożyczyłem jego ciężarówkę. Do tego nie doszło, bo zdałem wymagany egzamin i odtąd bez ryzyka mogłem kręcić kierownicą ogromnej ciężarówki.

Zawodowe prowadzenie dużej ciężarówki to ceniony zawód.
Owszem, a w Stanach szczególnie. Po dwóch latach jazdy takim pojazdem moje umiejętności stały się bardzo wysokie i bez trudu, zostałem zatrudniony na bardzo dobrych warunkach płacowych w zakładzie, który zbierał z całego miasta i okolic stłuczone szkło (butelki, szyby, słoiki itp.) i przerabiał je na szklany proszek, a następnie dostarczał go do huty.
W 1992 roku zatrudniłem się w niewielkiej hartowni żelaza, położonej w odległości 2-ch kilometrów od domu. Nie musiałem więc tracić czasu na dojazdy, co jest rzadkością na amerykańskim rynku pracy. Aż do 2008 roku, w którym przeszedłem na emeryturę prowadziłem 17- tonowa ciężarówkę, a po pracy nie odpuszczałem sobie ćwiczeń w siłowni.

Przebywając w Stanach zastanawiałeś się nad podjęciem pracy instruktora w fitness – klubie?
Miałem duże doświadczenie w prowadzeniu zajęć kulturystycznych w warszawskich siłowniach, a przy tym kierunkowe wyższe wykształcenie w zakresie kultury fizycznej. W pierwszych latach pobytu w Chicago dokonałem rozeznania na rynku pracy oferowanym przez właścicieli ośrodków kulturystycznych. Były ciekawe oferty, ale nie gwarantowały stałych dochodów, zapewniających skromne życie dorosłemu i ambitnemu człowiekowi. Pracując fizycznie zarabiałem dużo więcej niż bym wówczas otrzymywał będąc instruktorem, w jakimś ośrodku typu kulturystyka i fitness.




(Na zdjęciu Staszek w warszawskiej siłowni, 2011 r. fot. Jan Włodarek).

Teraz pogodne jest życie „staruszka”?
Od 1999 roku jestem obywatelem USA, a od trzech lat na emeryturze, więc mam wystarczająco dużo czasu na wszystko co lubię robić.
O 9 -tej jem śniadanie i zasiadam do komputera. Pierwsze to sprawdzam pocztę i ewentualnie odpowiadam, a potem czytam wiadomości na polskich portalach. Portal JWIP.PL odwiedzam codziennie.
Dzięki połączeniu internetowemu wiele rozmawiam z moimi znajomymi i przyjaciółmi w Polsce i na świecie, przy tym widząc sie nawzajem.
Systematycznie intensywnie ćwiczę siłowo i ruszam się rekreacyjnie, miedzy innymi jeżdżąc na rolkach. Dzięki ćwiczeniom kulturystycznym i odpowiedniej diecie nie wyglądam podobno na swoje 69 lat. Żona mnie chwali, więc nie mam powodów aby użalać się na wiek weterana.
Teraz częściej czytam dobre polskie książki. Pochłaniam je szybko, czekając na następne, zamówione w polskich księgarniach.
Słucham muzyki i oglądam polskie filmy.
W wakacje wędruję z żoną po całym świecie, wpadam do Warszawy. Ostatnio byliśmy w Australii, Meksyku i Niemczech.
Będąc na emeryturze jestem zadowolony z życia, zdrowie też mi dopisuję i szczęście nie opuszcza. Życzę sobie tylko tego, aby moje serduszko nie zawiodło. I to mi wystarczy, aby przyszłość widzieć w jasnych kolorach.

Życzę ci tego z całego serca!
Dziękuję, niestety, dwa lata temu miałem „małe tąpnięciem” – sygnał ostrzegawczy, czyli lekki zawal serca. Na moje szczęście i dzięki wieloletniemu uprawianiu naturalnej kulturystyki zakończył się bez większego uszczerbku dla zdrowia. W ramach rekowalescencji pomogły specjalne ćwiczenia rehabilitacyjne Obecnie mogę znowu intensywnie „pakować”, ale z wykluczeniem dużych ciężarów. Wiadomo, ze ruch działa cuda, ale musi być dostosowany dla mojego organizmu.

Dbasz o jego sprawność?
100 metrów od mojego domu jest wspaniały ośrodek do wszelkiego typu ćwiczeń rekreacyjnych, wyposażony w nowoczesny sprzęt. W nim to od lat z żoną. systematycznie ćwiczymy 3 razy w tygodniu.
Do swoich treningów siłowych włączyłem ćwiczenia wytrzymałościowe mające zadanie stopniowo wzmacniać mięśnie sercowe.
W pozostałe dni, jak pogoda dopisuje jeździmy na „wroto-rolkach”. Codziennie rano, po śniadaniu i zaliczaniu kontaktu z internetem odbywam szybki marsz po parku, przeważnie 5 kilometrów.

Czyli wykonujesz ćwiczenia dla zdrowia, a nie tylko dla ładnej sylwetki?
Oczywiście, bowiem zdrowie jest szczególnie dla mnie ważne. Sam opracowuję dla siebie odpowiednie programy treningowe. Czytelnikom JWIP.PL są one znane, gdyż w tym i ubiegłym roku przedstawiłem swoje szczegółowe programy treningowe na Forum. Spotkały się z dużym zainteresowaniem, były pytania czytelników, moje odpowiedzi.
Okresowe badania lekarskie potwierdzają mój dobry stan zdrowia, co wskazuje, że to, co i jak ćwiczę sprzyja mojemu organizmowi.

Nękają cię kontuzje?
Z wiekiem „materiał” ludzki stopniowo ulega osłabieniu, a doznane kontuzje "leczą" się dużo dłużej niż u młodych, więc ćwiczenia staram się wykonywać w pozycji siedzącej lub na maszynach. Wyprofilowane maszyny mają to, ze na nich ćwiczy się szybciej i bezpieczniej, ze świadomością, że chronią przed nabawieniem się bolesnej kontuzji.
Kiedyś, w mojej młodości kontuzje leczyło się „po nowatorsku” wbrew wskazaniom medyków, czyli do następnego treningu. Co miało wskazywać, że ćwiczący jest twardzielem. Ćwiczący zaciskał zęby, miał prawie łzy w oczach i ćwiczył. Podobno u niektórych to pomagało, ból ustępował! Większość jednak „lecząc” się takim sposobem cierpiało przez kilka miesięcy.
To były czasy twardzieli. Obecnie takich nie ma, i pewnie czytelnicy mnie nie uwierzą.

Tacy jednak byli. Wynikało to, z tego, że instruktorzy nie dopuszczali do kontuzji ćwiczących.
System prowadzenia zajęć oparty był na zasadach sportu wyczynowego. Zajęcia obowiązkowo zaczynało się od intensywnej rozgrzewki, a później każdy ćwiczył według płanu zweryfikowanego przez instruktora. Warto dodać, że początkujący musiał przez pierwsze 3 miesiące nauczyć się dobrze technicznie wykonywać ok. 50 podstawowych ćwiczeń w kulturystyce. Miał też wpojone, ze ma ćwiczyć intensywnie, ale w granicach nieprzekraczającej 75 procent swoich możliwości.
Ostatnio w warszawskich siłowniach widziałem, że ludzie ćwiczą a instruktorzy są nieobecni lub śpią! (śmiech).

W młodości nie dokuczały ci urazy, a w ostatnich latach jest podobnie?
W dorosłym życiu przychodzą chwile, kiedy czuję się bardzo młodo i właśnie z takim przekonaniem postanowiłem „zbudować” sobie „tarkę” na brzuchu.
Bezlitośnie dla siebie wykonywałem ciurkiem w seriach po 400 skłonów na specjalnych maszynach. Początkowo tarka zaczęła się rysować, ale nagle „uciekła”. Ponaciągałem sobie przyczepy mięśni brzucha na wysokości „białej linii" i skutkiem tego zafundowałem sobie ból, który trzymał się mojego brzucha przez kilkanaście miesięcy. Nie pomagały wizyty u lekarza.

W Polsce to można zrozumieć, ale w Stanach…
W Stanach nie istnieje „lekarz sportowy" - nie ma się kogo poradzić i szukać skutecznej pomocy w przypadku doznania typowo sportowej kontuzji.
Lekarze owszem są, ale większość z nich zbyt bardzo uniwersalna. Wystarczy im wysłuchać chorego i obiawy jego choroby wystukać klawiszami na komputerze. W moim przypadku były to słowa „ból brzucha”. Natychmiast po tym na jego monitorze wyskoczyła informacja, jakie lekarstwo ma mi przepisać. W Stanach, nawet za taką metodę leczenia, u uniwersalnego specjalisty trzeba „słono” zapłacić. „Na dzień dobry” ponad 500 dolarów, zaś za wykonanie najprostszej morfologii krwi 400 dolarów (w Polsce 40 zł)! Zapłaciłem i jeszcze dodatkowo za przepisane mi lekarstwo. Już po dwóch tygodniach okazało się, że komputer mojego lekarza nie tafił z diagnozą. Byłem u innych lekarzy i podobnie, aż nagle bez leczenia ból ustał i już się nie powtórzył!

Co słychać u kolegów z warszawskich siłowni, którzy, tak jak Ty zamieszkali w Stanach?
W stałym kontakcie internetowym jestem tylko z Wieśkiem Szydłowski, z którym ćwiczyłem w „Herkulesie” i „Błyskawicy”. Jest on po 70 - tce, ale dalej regularnie ćwiczy, co pewnie powoduje, że wygląda wspaniale jak na swój wiek. Mieszka w stanie Nebraska i tam pracuje na miejscowej uczelni na stanowisku profesora.
Kilka lat temu rozmawiałem przez telefon z Pawłem Przedlackim, a na początku pobytu w USA z Janem Kozłowskim. Kontakty z nimi bez powodu się urwały

Na zakończenie naszej rozmowy wrócimy w czasie do lat, w których odkryłeś ćwiczenia kulturystyczne.
Zacząłem typowo, bo od lektury „Sportu dla Wszystkich” i czytania książki Stanisława Zakrzewskiego „Jak stać się silnym”. Zauroczony kulturystyką, kilkanaście miesięcy ćwiczyłem w domu prymitywną sztangą zrobioną ze złomu, W wieku 20 lat ( to dość późno) zapisałem się do warszawskiego „Herkulesa”. Po niecałym roku wystąpiłem w mistrzostwach tego ośrodka w kategorii seniorów zajmując zaszczytne 3 miejsce. Przegrałem z Jankiem Rozmarynowskim, który był rekordzistą w wykonywaniu „pompek na trzech stołkach”.

Chciałeś poświecić się kulturystyce?
Patrzyłem w przyszłość, w której widziałem kulturystykę, ale jako zdrowy styl życia. Nie myślałem o zarobkowaniu, gdy trafiła się ku temu okazja chętnie dorabiałem do pensji nauczyciela.
Po ukończeniu Studiom Nauczycielskiego, w specjalizacji nauczyciel wychowania fizycznego, uczyłem w szkole. Jako ten od nauki robienia „koziołków" i ćwiczący kulturystykę w 1965 roku zostałem zauważony przez Jasińskiego – kierownika „Herkulesa”,. zaproponował mi prowadzenie 3 razy w tygodniu zajęć z ćwiczącymi. Na początku zarabiałem miesięcznie 450 zł, następnie 750 zł, co przy mojej pensji nauczycielskiej 1450 zł było dobrym dodatkiem. W „Herkulesie” pracowałem do 1975 r.

Szef „Herkulesa” zaczął podejmować nieprzemyślane decyzje, naruszał prawo, szedł drogą konfliktów z władzami i m.in. ze Stanisławem Zakrzewskim i popłynął w zapomnienie.
Był ambitnym, ale ubzdurał sobie, ze jest najlepszym kulturystą, na miarę Jacka Delingera, a „Herkules” stanowi jego własność, a przy tym nie miał wymaganego wykształcenia do szefowania ośrodkiem. Do tego doszły jego plany, aby z kulturystów zrobić ciężarowców. To między innymi spowodowało, że najlepsi wówczas kulturyści „Herkulesa”, przenieśli się do innych warszawskich ośrodków. Ja zrezygnowałem z pracy i treningu w „Herkulesie”. Po kilkunastu miesiącach treningu w „Syrence”, przeniosłem się do „Błyskawicy”, i tam zostałem instruktorem. Podążyli za mną koledzy m.in. Wiesław Szydłowski. Jacek Puściński i inni. Do Syrenki trafił m.in. Stefan Niedziałkowski, Andrzej Laskowski.

Po kilku latach wróciłeś jednak do „Herkulesa”?
Okres pracy w „Błyskawicy, był moją wielką pionierską przygodą charakteryzującą się nadmiarem społecznej pracy. Z grupy kllku miłośników kulturystyki ćwiczących jedną sztangą, powstał dobrze wyposażony w sprzęt Ośrodek Kulturystyczny, w którym systematycznie ćwiczyło ponad 500 osób. Mam satysfakcję, że moja praca przyczyniła się do rozwoju „Błyskawicy”, jej działalność stała się znana w Warszawie a wkrótce w kraju.
Po kilku latach z „Herkulesa” z wielkim hukiem wyrzucono Andrzeja Jasińskiego i mnie zaproponowano powrót na stanowisko kierownika. Pracowałem kilka miesięcy, po czym zatrudniłem się na uczelni.

Rzuciłeś trenerkę?
Nie, postanowiłem zmierzyć się z nowym wyzwaniem. Ukończyłem Akademie Wychowania w Warszawie i z tytułem magistra zostałem zatrudniony na uczelni SGPiS ( obecnie SGH). Prowadziłem zajęcia dla studentów. Ćwiczyli rekreacyjnie w ramach programu szkolnego, aby poprawić sprawność fizyczną i sylwetkę. Oczywiście wykonywali typowe ćwiczenia kulturystyczne.
Zajęcia cieszyły sie dużym powodzeniem, studentki oceniały je, jako bardzo atrakcyjne (smiech). Wyniki systematycznego treningu stawały się coraz lepsze, więc jako pierwszy w kraju zacząłem organizować zawody międzyuczelniane w trójboju kulturystycznym ( wyciskanie, przysiad, martwy ciąg). Rywalizowano w kategoriach indywidualnych i w klasyfikacji między uczelniami. Startowały reprezentacje prawie wszystkich uczelni warszawskich. Wyniki osiągano na wysokim poziomie, o czym przekonał się Józef Stelmasiak kierownik zespołu z Łodzi, składającego się z kulturystów.

Utrzymujesz znajomość ze swoimi studentami?
Treningi i starty w zawodach sportowych utrwaliły więzy koleżenskie. Moi najlepsi zawodnicy skończyli studia, podjęli prace i dalej przez wiele lat przychodzili na moje zajęcia. Intensywnie ćwicząc, poprawiali swoje wyniki w bojach siłowych. Najbardziej wyróżniali się: Waldemar Nowak, Jarosław Mulewicz, Andrzej Zakrzewski, Przemysław Smotryck, Jerzy Keskai. Z Waldkiem Nowakiem nawet bardzo się zaprzyjaźniłem i utrzymuje z nim kontakt do dnia dzisiejszego. Kiedy jestem w Warszawie spotykamy u niego w domu, bywają tam również studenci – atleci z tamtych lat, wspominamy młodość.
Waldek obecnie regularnie trenuje. W piwnicy swojego domu urządził mini siłownię, gdzie ćwiczy razem z żoną a ostatnio dołączył do nich ich 20-to letni syn.



(Staszek w 1968 r.).

Byłeś trenerem, organizatorem i również odnosiłeś sukcesy startując w zawodach kulturystycznych.
Regularnie ćwiczyłem naturalną kulturystykę, i prowadzenie zajęć bez problemu łączyłem z uczestniczeniem w sportowej rywalizacji.
Najważniejszym moim osiągnięciem było zdobycie wicemistrzostwa Polski na zawodach w Sopocie w 1970 r. Przegrałem z Tobą, ale pokonałem Istvana Bittnera - wielokrotnego mistrza Węgier. Nie mógł on tego przeboleć, zaprosił mnie do Budapesztu na rewanż. Udało mu się, wygrał ze mną mimo, iż sędziowie dali mi najwyższe noty za pozowanie. O zwycięstwie zadecydowała siła, a moja była wówczas poniżej stałego poziomu. W bojach siłowych uzyskałem tylko: w wyciskaniu sztangi leżąc - 152, 5 kg, w przysiadzie - 160 kg.
Często startowałem w zawodach, brałem udział w pokazach od lokalnych w mistrzostwach klubowych do ogólnopolskich i za granicą. (Warszawa, Radom, Kraków, Budapeszt, Kosice). Zawsze plasowałem się w ścisłym finale. Z uprawiania sportowej kulturystyki wycofałem się w 1972 roku.

Czy brałeś środki dopingujące oraz wspomagające organizm, aby zwiększać siłę i budować mięśnie?
Ustrzegliśmy się tej pokusy i cieszymy się dobrym zdrowiem fizycznym i psychicznym.
Nigdy nie zaznałem „przyjemności” przyjmowania anabolików jak również niby zdrowych odżywek i suplementów. Jestem przekonany, że dzięki temu nie byłem narażony na typowe choroby współczesnych kulturystów.
W młodości intensywnie trenowałem, a moja waga ciała trzymała się w granicy 82 - 85 kg, przy wzroście 180 cm. Ćwicząc i odżywiając się typowo czyli tym co w domu mama, a w późniejszych latach żona postawiła na stole. Ta naturalna dieta wystarczyła, abym w obwodzie bicepsów uzyskał 46 cm, a siłowym wyciskaniu sztangi leżąc ponad 150 kg. Mam z tego satysfakcję , ale smutek mnie ogarnia gdy w kolorowym czasopiśmie dla kulturystów widzę 120 kilogramowego mięśniaka, o którym piszą ze jego „masa” powstała w wyniku „pakowania się farmaceutycznymi odżywkami”. Z wielkim zdumieniem przyjmuję także internetowe recepty na powodzenie w kulturystycznym treningu. W nich słowa: zastrzyk, dawka, insulina, hormon wzrostu, testosteron są często wymieniane. Właśnie miłośnicy takich wspomagaczy mają poważne problemy z własnym zdrowiem. Nie tylko zrywają ścięgna, ćwicząc nawet z małym ciężarem!
Właśnie przed chwilą w serwisie informacyjnym TV usłyszałem, że następny z tych o wielkiej masie nagle zmarł!

A tam gdzie ćwiczysz?
W ośrodku, w którym ćwiczę nie ma klimatu dla sterydowych mięśniaków. Jest on dla osób rekreacyjnie ćwiczących, którym wysiłek fizyczny sprawia przyjemność i daje zdrowie, o które dbamy. W czasie przerwy miedzy ćwiczeniami często o tym rozmawiamy.
W ośrodku można kupić różne legalne „wspomagacze”, z których największym powodzeniem cieszy się zwykła woda mineralna z Alaski lub Gór Skalistych.

W medycznej prasie można przeczytać, że w Stanach nawet młodzi chłopcy spożywają sterydowe pigułki, aby mieć większe mięśnie.
Idol młodzieży Arnold ma bardzo poważne problemy zdrowotne przez to, ze kiedyś brał nie zawsze zdrowe środki wspomagające. W tutejszych mediach to wyraźnie podkreślają. Młodzi ludzie czytają w kulturystycznych magazynach, jakie to są doskonałe środki wzmacniające organizm kulturysty i przyśpieszające wzrost masy mięśniowej. „Łapią” to i stosują, nie mając świadomości tego, że po jakimś czasie to im się odbije na zdrowiu.

Za mało się o tym pisze i nagłaśnia.
Nie ma co ukrywać, że Stany są „kolebką” dopingu w kulturystyce i nie tylko. Chodzi przede wszystkim o bardzo duże pieniądze. Ponieważ oficjalnie środki dopingujące są zakazane i używanie w sporcie surowo karane, to ich producenci stosują rożne sposoby w tym „kruczki prawne” aby obejść zakazy. Np. swój produkt określają, że to niby nie jest środek dopingujący, a tylko wzmacniający wytrzymałość lub środek przyśpieszający odnowę organizmu itp.
Z tego, co czasami oglądam, uważam, że wyczynowa kulturystyka przez stosowanie dopingu stała się „patologiczną”. Widzę monstra a nie ładnie proporcjonalnie zbudowanych ludzi, dotyczy to niestety również kobiet. I tak też jest ona odbierana przez część społeczeństwa.

To, czy obecna kulturystyka to sport sprzyjający zdrowiu?
W latach mojej młodości, kulturystyka była uznawana za nieoficjalną dyscyplinę sportową. Mówiono o niej forma rekreacji fizycznej i właśnie ona była zdrowa i przyjazna człowiekowi, bowiem rozwijała również cechy motoryczne ćwiczących, czyli ogromną wagę przykładano do ogólnej sprawności fizycznej młodego człowieka. Był również znakomity propagator takiej kulturystyki – redaktor Stanisław Zakrzewski.

Od kilkudziesięciu lat kulturystyka jest oficjalnym sportem, ale, charakteryzującym się dużym zagrożeniem zdrowia dla stosujących anaboliki, w tej grupie są głównie ci, którzy uprawiają ją wyczynowo. Doping oraz za wszelką cenę, dążenie do zwiększania masy mięśniowej, a przy tym niezadawalająca opieka lekarska, marne świadczenia socjalno - materialne rujnują zdrowie. Nie widzę wiec sensu, aby młodzież wyczynowo uprawiała taki sport. W sposób rekreacyjny jak najbardziej!

W Polsce jednak są tacy, którzy kulturystykę uprawiają wyczynowo.
Przypuszczam, że w Polsce, władze kulturystyczne oraz czasopisma kierowane dla osób ćwiczących kulturystykę nie starają się pokazywać całkowicie prawdziwego oblicza tego sportu! Boją się czy zbyt dbają o swoje dochody? W Stanach nie tworzy się „tajemnicy”, o tym piszą i ona zaczyna pomału docierać do młodych ludzi.

Dziękuję za rozmowę
Jan Włodarek
(czerwiec 2010, Warszawa – wrzesień 2011, Chicago).

Rej.457/.Wywiady - 16/ 2011.11.25/ JWIP.PL
Ostatatnia aktualizacja: 2011.12.14. Godz. 14:20



Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
Zmarł Antoni Kołe...
Pozdrowienia z wa...
Przemysław Kwiatk...
Stawiałem na wsze...
Cytryna na zdrowi...
Flesz
Czas powrotu, 2008 r.
Czas powrotu, 2008 r.
SŁAWOMIR - THOMAS FILIPOWICZ
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE