Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
4201795
osób.
Oni są z nami:
Z Antonim Kołeckim rozmawia Mirosław Głogowski, Cz. 3.
(Na zdjęciu A. Kołecki, kilka lat temu. Fot. z arch. Macieja Szymańskiego)





Rozmowa trzecia



Antoni Kołecki zaczynając ćwiczyć kulturystykę nie przypuszczał, że zostanie mistrzem tego sportu.

Systematyczne treningi dawały pozytywne efekty
w kształtowaniu ładnej sylwetki, wzrastała siła i ogólna sprawność fizyczna. Był proporcjonalnie umięśniony.


Uprawiał kulturystykę, w której można było sportowo rywalizować budową ciała, siłą i ogólną sprawnością fizyczną. Taką kulturystykę wówczas w Polsce propagował dziennikarz sportowy Stanisław Zakrzewski. Kołecki postanowił więc startować w tego typu zawodach. W latach 1965 - 1969 był uznawany za jednego z najlepszych kulturystów w Polsce. Trzy razy zwyciężył w sopockich zawodach (1967 - 1969) oraz w kilkunastu zawodach ogólnopolskich i międzynarodowych w kategorii seniorów o wzroście powyżej 173 cm. W latach 1968 - 1969 został uznany za kulturystę roku przez redakcję dwutygodnika „Sport dla Wszystkich”. Był jednocześnie cenionym instruktorem.

Kulturystyka była dla niego bardzo ważna, uprawiał ją prawie pół wieku, w tym w Polsce przez 18 lat. W niej odniósł swoje największe sukcesy sportowe, poznał nowych przyjaciół. Ukształtował cechy swojego charakteru.

Dokonania Antoniego Kołeckiego jako zawodnika na trwałe zapisały się w historii polskiej kulturystyki. Trzeba je znać, aby zrozumieć, że systematyczne wykonywanie ćwiczeń siłowych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wynikało z pasji naturalnego doskonalenia ciała, wiązało się z radością, zdrowiem i dawało mocne podwaliny psychiczne potrzebne do przezwyciężania przeciwności w dorosłym życiu.

Zakładamy, że nasi czytelnicy ćwiczący w siłowni zapoznają się z całym wywiadem (trzy części) z Antonim Kołeckim. Na tej podstawie będzie już można trafnie dokonać porównania „starej” kulturystyki, w której On był mistrzem, ze współczesną – opartą na wspomaganiu treningu środkami typu: odżywki, suplementy oraz przez niektórych ćwiczących – na bardzo szkodliwych dla zdrowia środkach dopingujących.
Jan Włodarek, sierpień 2015

MIROSŁAW GŁOGOWSKI:
upłynęło już ponad rok od naszej ostatniej rozmowy, na zakończenie której wspólnie zaplanowaliśmy, że naszą następną - ostatnią część wywiadu zaczniemy od Pana wspomnień z pierwszych lat uprawiania kulturystyki. Czy pod koniec lat 50 - tych wykonując po raz pierwszy ćwiczenia kulturystyczne wiedział Pan, czemu one służą i co dadzą?
ANTONI KOŁECKI: Miałem wówczas 24 lata, czyli byłem w wieku, w którym na ogół ma się już sprecyzowane życiowe plany na przyszłość, ale jednocześnie ma się jeszcze potrzebę dalszego poznawania życia i trochę w nim eksperymentowania. Był to okres, w którym wyznaczałem sobie różne cele, w tym także nierealne, gdyż nie miałem należytej wiedzy i możliwości, aby je osiągnąć. Zaczynając ćwiczyć nie snułem sobie kulturystycznych planów w tym sporcie na przyszłość. Ćwiczenia wykonywałem z ciekawości. Po zakończeniu treningu ciężarowego przyłączyłem się do kolegów, którzy „dla zgrywu robili” sztangą po kilka serii „na biceps i klatę”, aby później szpanować „napakowanymi” mięśniami na przykład nad morzem.

- Czyli chęć poznania zalet metody „body-buildingu” skłoniła Pana do jej wypróbowania w praktyce.
- Moje zainteresowanie wkrótce stało się wyzwaniem, które towarzyszyło mi ponad 50 lat, a które nazwano kulturystyką za sprawą red. Stanisława Zakrzewskiego. Na początku przeglądałem zagraniczne magazyny dla kulturystów i ciężarowców, które dostawałem od znajomych sportowców startujących w zagranicznych zawodach. Był to przeważnie egzemplarz amerykańskiego magazynu pt. „Strength Health”, wydawanego przez Boba Hoffmana, znanego w środowisku ciężarowców. Miałem również okazję przeglądać angielskie i niemieckie kolorowe miesięczniki dla ciężarowców i kulturystów („Iron Man”, „Kraftsport”). Ciekawsze artykuły dotyczące metodyki treningu kulturystycznego koledzy znający język angielski tłumaczyli na polski i rozpowszechniali je wśród znajomych sportowców.
W tych magazynach – oprócz szkoleniowych artykułów - były zdjęcia wspaniale umięśnionych sportowców wykonujących różne ćwiczenia „na rozwój umięśnienia”, których dotychczas nie znałem. To mnie chyba przekonało, że warto wyglądać tak, jak oni: silni i pięknie zbudowani oraz sprawni fizycznie. Dołączyłem więc do tych starających się rozwijać swoje mięśnie.

- W 1957 roku w Polsce w miesięczniku „Koło sportowe” i w później zmienionym tytule „Sport dla Wszystkich” sporadycznie zaczęły się ukazywać artykuły o „budowaniu” mięśni, ilustrowane zdjęciami przystojnych sportowców w towarzystwie pięknych kobiet. Czy Pan czytał to czasopismo ?
- Niestety wówczas nie, bo „Sport dla Wszystkich” ukazywał się w bardzo małym nakładzie i tylko kilkanaście egzemplarzy trafiało do sprzedaży w kioskach w Łodzi. Były to jeszcze czasy, że tylko nieliczni polscy sportowcy i trenerzy, w tym redaktor Stanisław Zakrzewski z miesięcznika „SdW” wiedzieli, że na zachodzie Europy i w Ameryce wykonywano ćwiczenia siłowe, które systematycznie powtarzane powodowały „rozbudowanie” mięśni, tym samym uzyskiwało się dość szybko atletyczną sylwetkę. Metodę tę zwano tam „body-buildingiem.

- Kilka lat później „Sport dla Wszystkich” był bardziej dostępny dla entuzjastów kulturystyki, bo ukazywał się w nakładzie 100 tys. Egzemplarzy, więc wzrastała liczba osób ćwiczących na sylwetkę.
- Kulturystyka stała się modna i spontanicznie się dalej rozwijała. Motorem i przywódcą tego nowego pozytywnego nurtu w kulturze fizycznej był Stanisław Zakrzewski redaktor naczelny miesięcznika „Sport dla Wszystkich” i autor książki „Jak stać się silnym” oraz innych z zakresu ćwiczeń siłowych. Stworzył polską szkołę kulturystyki, której byłem wiernym przedstawicielem jako zawodnik i instruktor. Zakrzewski wskazał naszej cherlawej młodzieży odpowiedni i atrakcyjny dla niej kierunek rozwoju fizycznego, zalecając jednocześnie różne formy rozwoju intelektualnego. Warto było spróbować!

- Zabrał się Pan za kulturystykę, a co z podnoszeniem ciężarów, które uprawiał Pan już kilka lat?
- Jeszcze dźwigałem. Ale stopniowo górę brały ćwiczenia kulturystyczne. W trójboju podnoszenia ciężarów miałem ustabilizowaną formę i wydawało mi się, że nie osiągnę poziomu czołówki krajowej. Po kilku miesiącach systematycznych treningów kulturystycznych postanowiłem sprawdzić się w konkursie dla ciężarowców i kulturystów.

- Co to był za konkurs?
- Rozegrano go o tytuł najlepiej zbudowanego sportowca, chyba odbył się pod koniec 1960 roku. Przeprowadzono go . na zakończenie centralnych zawodów w podnoszenia ciężarów. W kategorii seniorów uplasowałem się w połowie pierwszej dziesiątki, na ok. 30 startujących, przeważnie zawodników uprawiających podnoszenie ciężarów. Po tym widowisku dyskretnie się ulotniłem bacznie obserwując czy jakaś fanka nie rzuci się na mnie, aby rozerwać moją bicepsówkę, kupioną za siedem dolarów.

- To konkurs męskiego ciała niczym wybory miss piękności?
- Nie gdyż on miał charakter sportowy. Trzeba było walczyć w konkurencjach siłowych (wyciskanie leżąc, przysiad). Wykonać ponadto układ gimnastyczny i kilka póź z napiętymi mięśniami oraz poddać się pomiarom obwodów mięśni. Oceniano w nich wynik uzyskany w trójboju. Pozy wykonywano jakby do fotografii, czyli w stylu atletów z XVIII wieku. Przybierano pozy statyczne, a najchętniej napinano bicepsy, tak jakby one miały decydować o pięknie męskiego ciała. Suma punktów uzyskanych w tych konkurencjach dała końcową klasyfikacje. W tej rywalizacji była spora dawka humoru, bo pozy zdarzały się pokraczne, a wysiłek pozującego był widoczny na twarzy. Te widowiska – konkursy cieszyły się jednak ogromnym zainteresowaniem publiczności, która w nadmiarze wypełniała hale sportowe. Fragmenty tej imprezy były nawet pokazane w Polskiej Kronice Filmowej, oczywiście z krytycznym komentarzem.

- Co Pana skłoniło do startu w tym konkursie?
- W tym czasie dźwigałem ciężary i jeszcze startowałem w tej dyscyplinie; w zawodach był to okres, w którym ciężarowców i nielicznych kulturystów zrzeszał oficjalnie Polski Związek Podnoszenia Ciężarów i Kulturystyki, w którym wiceprezesem był redaktor Stanisław Zakrzewski. Takie połączenie wynikało z tego, że identyczną strukturę organizacyjną miała międzynarodowa federacja, której członkiem była Polska. Trener polecił mi udział w tej imprezie, a ja bez dyskusji się podporządkowałem. Wiedziałem, że była to decyzja Kazimierza Spychały - znanego i cenionego „ojca” łódzkiego sportu.

- Start w tym konkursie nie był Pana sukcesem.
- Byłem wtedy jeszcze początkującym kulturystą, choć już miałem 27 lat mimo tego pół roku później znalazłem się w 4 - osobowej reprezentacji kulturystów Łodzi w trójmeczu, w którym rywalizowaliśmy z zespołem Warszawy i Wrocławia. Start w tych zawodach wymagał wszechstronnego i solidnego przygotowania, bo trzeba było rywalizować w wyciskaniu sztangi leżąc, przysiadzie, trójskoku z miejsca oraz podać się mierzeniu mięśni centymetrem. Nie było pozowania, co jak na tamte czasy było eksperymentem, który można i teraz przyjąć z wielkim zdziwieniem. W wyciskaniu leżąc uzyskałem 115 kg, a w przysiadzie ze sztangą na barkach wynik – 145 kg. Ważyłem wówczas 74 kg. Nasza reprezentacja zwyciężyła, a ja zostałem sklasyfikowany na dobrym miejscu.

- I kulturystyka stała się Pana pasją?
- Mocno mną zakręciła! I wskutek tego miałem wielką satysfakcję. Doskonaliłem swoją wiedzę na temat ćwiczeń kulturystycznych. Ukończyłem jako jeden z pierwszych w Polsce kurs instruktorów. W łódzkim Ognisku TKKF „Polesie” prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Po kilku latach nasz zespół zaczął się liczyć w kraju, a moi podopieczni rywalizowali z najlepszymi, a ja wygrywałem.

- W następnych zawodach?
- Jesienią1961 roku już byłem przygotowany do walki z krajową czołówką kulturystów, więc wystartowałem w ogólnopolskich zawodach w Warszawie. W kategorii seniorów jednak przegrałem z Józefem Radziwiłko, ale zostałem zauważony przez „Sport dla Wszystkich”. I pochwalony przez redaktora Stanisława Zakrzewskiego. I od tego momentu już przez całą swoją karierę plasowałem się w pierwszej trójce, przeważnie na pierwszym miejscu. Wygrałem w wielu ogólnopolskich, w tym w Sopocie o tytuł nieoficjalnego Mistrza Polski ( trzy razy). Startowałem ponadto w Czechosłowacji i na Litwie. Moją mocną stroną była sylwetka, dobre pozowanie, wyniki siłowe i wykonanie układów gimnastycznych. W konkurencji pozowania i oceny sylwetki otrzymywałem noty maksymalne, w bojach siłowych przez lata utrzymywałem wyniki: na poziomie wyciskanie leżąc - 145-150 kg przysiad – 170-180 kg. Waga ciała wahała się w przedziale 85 - 90 kg. Rekordy w tych bojach miałem większe, ale ustanowiłem je na sali treningowej, lecz bez udziału licencjonowanych sędziów.

- Proszę przypomnieć swoje rekordowe dane antropometryczne.
- Uf, z biegiem lat rosłem w obwodach, oczywiście przybywała mi waga ciała. Pewne jest, że miałem 173 cm wzrostu, a teraz kilka centymetrów mniej. Wiem, że w polskim internecie trochę dodano mi w obwodach nawet w bicepsie. Oczywiście wynik taki mógł wynikać ze sposobu pomiaru oraz okresu, w którym go wykonano, jak również i tego, czy był on ustalony przed treningiem, czy też w czasie treningu.

- To skromna i zarazem ogólna odpowiedź.
- Nie będę się chwalił, ale bicepsy pod koniec mojej kariery rozwinąłem w obwodzie do 48 cm, po solidnym rozgrzaniu ramion.

- Pamięta Pan z kim pan przegrał?
- Nawet dobrze. Kilka razy przegrałem z Przemysławem Kwiatkowskim i Janem Włodarkiem, raz z Józefem Radziwiłko, Zbigniewem Bielińskim - chłopców z Warszawy oraz ze Zbyszkiem Małachowskim. W roku 1971 uległem wypadkowi, który spowodował, że po rehabilitacji ograniczyłem swoja aktywność w treningach siłowych, szczególnie w ćwiczeniu mięśni nóg. Mojej największej porażki doznałem od prezesa Ogniska TKKF „Polesia”, które zlikwidował sekcję, w której prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Do tej pory nie wiem, czy to może ja się do tego przyczyniłem.

- Który z ciężarowców tamtych lat, swoją budową ciała wywarł na Panu największe wrażenie?
- Z czołówki światowej podnoszenia ciężarów było ich kilku, którzy uzyskiwali wspaniałe wyniki w podnoszeniu ciężarów, a jednocześnie byli określani jako najładniej zbudowani sportowcy. Imponował mi Tommy Kono z USA - wielokrotny mistrz świata a zarazem Mr Universum. Do grona najlepszych zaliczał się Guy Mierczuka z Francji, słaby ciężarowiec, ale znakomity kulturysta, zaś z polskich ciężarowców wspomnę Jana Czepułkowskiego i Marian Zielińskiego, którzy pokazali się i w polskim konkursie „piękności”.

- A na ich tle jak wyglądali typowi kulturyści?
- W Polsce jeśli chodzi o proporcje sylwetki i wielkość mięśni, na początku byli na podobnym poziomie, zaś światowi idole, jak Steve Reeves czy Reg Park, wyglądali jak antyczni tytani, zresztą występowali oni w filmach o tematyce mitologicznej i to były hity ówczesnego kina. W naszym kraju każdy ćwiczący marzył, aby stać się jak oni.

- Miał Pan okazję zmierzyć się z kulturystami z Państw Europy Zachodniej?
- Niestety nie dostąpiłem tego zaszczytu. Z polskich kulturystów do 1971 roku tylko kilku miało sposobność zmierzyć się z nimi w czasie zawodów „Mister Universum”, które odbywały się na zakończenie Mistrzostw Świata w podnoszeniu ciężarów. Dobre miejsce zajął na nich Przemysław Kwiatkowski z Warszawy, z którym rywalizowałem na naszych mistrzostwach w Sopocie.

- Kulturyści z lat 60-tych, podobnie jak Pan, we wspomnieniowych rozmowach akcentują, że towarzystwo kobiet było dobrym bodźcem, aby przez lata wykonywać ćwiczenia siłowe lub gimnastyczne na sylwetkę.
- Tak było i jest obecnie, więc podobne stwierdzenia są ciągle na czasie. W Polsce wówczas mało kto wiedział, jak należało właściwie ćwiczyć, aby zwiększać mięśnie i ładnie ukształtować swoje ciało. Sportowcy uprawiający przez lata wyczynowo sporty, jak np. gimnastykę, podnoszenie ciężarów, zapasy, mieli ładnie umięśnione ciała. Wystarczyło, że jak taki okaz - heros pokazał się na basenie lub na plaży, to już miał towarzystwo uroczych kobiet. Sam tego doświadczałem przez wiele lat w Polsce i Kanadzie. Szczególnie ciepło wspominam sportowe obozy na plaży w Mielnie.
.
- Zorganizowanie zgrupowania sportowego dla kulturystów było dużym wydarzeniem dla ich uczestników, a przy tym wymagało sporo środków finansowych. Kto je dawał?
- W przypadku klubu sportowego, w którym w sekcji podnoszenia ciężarów ćwiczyli również kulturyści, na ogół nie było problemów, bo pieniądze na ten cel szły z kasy klubu. Natomiast sekcje TKKF, które skupiały łódzkich kulturystów z wyjątkiem sekcji, którą prowadziłem, nie miały środków na ten cel lub nie widziały potrzeby organizowania obozów dla swoich uczestników. My musieliśmy sobie sami radzić. Coś udało się wyrwać z TKKF-u, a pozostała część kosztów pokrywana była z naszych kieszeni.

- To raczej nie zapewniało dobrych warunków pobytu na takim zgrupowaniu?
- Tak może się wydawać. Takie zgrupowanie przeważnie miało charakter rekreacyjny, mający za główne zadanie regenerowanie organizmu ćwiczących, po 11 miesiącach harówki treningowej. Spaliśmy w namiocie ustawionym w pobliżu plaży, tuż przy namiocie ratowników morskich dowodzonych przez Jerzego Baranowskiego, założyciela sekcji kulturystycznej klubu „Społem” Łódź. Myliśmy się w morskiej wodzie, jedliśmy produkty gotowe, kupione w sklepach. Żelastwa do ćwiczeń było niewiele, więc na piasku i w prażącym skórę słońcu ćwiczyliśmy bez przyrządów, obciążeniem była własna masa ciała. Godzinami „pluskaliśmy” się w wodzie wypływając w głąb morza. Po południu wykonywano ćwiczenia gimnastyczne, grano w nogę i siatkę, a wieczorem zaliczano dyskoteki, w których królował big-beat.

- We wspomnieniach niektórych zawodników z tamtych lat przewija się narzekanie, że kulturyści nie byli wspierani finansowo przez lokalne władze administracyjne i sportowe. Było biednie, a wręcz niekiedy fatalnie. Zatem czym wytłumaczyć fakt, iż kulturystyka jednak się wówczas dynamicznie rozwijała i spełniała dużą rolę w polskiej kulturze fizycznej?
- Sam kiedyś nad tym głęboko się zastanawiałem, gdyż byłem jednym z tych, którzy biadolili, że my - kulturyści nie byliśmy wspomagani przez władze sportowe. W tamtym czasie w Polsce nie było biznesowych siłowni, ale można było załatwić lokal na siłownię z symbolicznym czynszem. Nie było urozmaiconego sprzętu, ale można było samemu lub z pomocą zakładu pracy zrobić taki sprzęt. Siłownie prowadzono nawet społecznie. A instruktorzy otrzymywali marne wynagrodzenie. Można było zorganizować duże zawody, jeśli wystarczyło tylko chęci i operatywności, aby dostać pieniądze od lokalnych władz sportu, w tym od TKKF-u lub nawet z państwowego zakładu pracy. Nikt z dzisiejszych redaktorów nie powinien negować faktu, że kulturystka była masowo uprawiana nie tylko przez młodzież.
Po przyjeździe do Kanady zrozumiałem, że samemu trzeba mieć pomysły i wykazywać się aktywnością, aby z niczego dojść do sukcesu w biznesie, bo np. siłownia to narzędzie do pomnażania własnego dochodu oraz inwestowania. W Kanadzie dobra kulturystyczne można było kupić, ale za własne lub banku pieniądze. Tam w zakresie kulturystyki nic nie dostaje się za darmo. Taka zasada była i ma się dobrze obecnie w zachodnich państwach i w Ameryce.

- Znam to dobrze, bo przez wiele lat w łódzkim TKKF-ie prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Szkoda, że nikt z byłych kulturystów nie zebrał i opracował szczegółowej historii o pierwszych latach kulturystyki w Łodzi.
- W Polsce była grupa aktywnych i mądrych pasjonatów, którym na ogół przewodzili pierwsi instruktorzy kulturystyki i to oni zakładali ośrodki - siłownie w całym kraju zaczynając od niczego i bez środków finansowych. Przykładem tego mogą być ośrodki funkcjonujące przez wiele lat w miastach województwa łódzkiego. Ten temat aż prosi się o szybkie przypomnienie i utrwalenie w historii polskiej kulturystyki. Założyciele tych siłowni umierają, a ja już jestem na ostatnim etapie życia, ale jeszcze mogę szczegółowo podzielić się tym, co wiem i przeżyłem z kulturystyką w Łodzi. Odpowiednią do tego osobą może być jakiś stary instruktor kulturystyki, który tworzył ją w Łodzi.


- W Polsce - może z wyjątkiem strony JWIP.PL - nie ma profesjonalnego artykułu o tym, jak Pan trenował. W Internecie jest podobnie, a to, co można przeczytać, to zlepek kilku zdań z małego artykułu o Pana treningu przed zawodami w Sopocie, który ukazał się pod koniec lat 70-tych w „Sporcie dla Wszystkich”. Może Pan, chociaż ogólnie, powiedzieć coś o tym, jak trenował?
- O tym, jak trenowałem, można napisać książkę, bo przecież ćwiczenia kulturystyczne wykonywałem ponad 50 lat. Najciekawszy jest okres moich startów w zawodach. To, co powiem teraz, rozczaruje czytelnika, bo przecież ciągle zmieniałem ćwiczenia i metody treningowe, co było wynikiem doświadczeń i przemyśleń oraz zapożyczeń z metod treningowych czołowych wówczas zawodników świata. Teraz rozwodzenie się na ten temat wymagało by przedstawienia obszernej i szczegółowej informacji nie tylko o tym, jak ćwiczyłem i czym się kierowałem na poszczególnych etapach mojej kariery, dokonując wyboru konkretnej metody treningowej i wykonywania danego ćwiczenia.
Powiem, że na mój trening kulturystyczny miały dodatni wpływ nawyki wynikające z wcześniejszego uprawiania kilku dyscyplin sportowych. Miały one charakter psychiczny, m.in. wynikały one z przekonania, że trzeba intensywnie i regularnie trenować, nie odpuszczać sobie celu, który można było osiągnąć, a przy tym czerpać wiedzę na temat tego, czemu się oddawałem.

- Wszechstronność kulturysty, do dziś temat na marginesie animatorów tego sportu, ale w latach 60-tych była podstawą kulturystyki. Proszę przypomnieć, jak Pan przygotowywał się do mistrzowskich zawodów w Sopocie?
- Przeważnie przez trzy miesiące przed tymi zawodami zwiększałem stopniowo intensywność treningu, szczególnie przy wykonywaniu tych ćwiczeń, które w założeniu miały wpływać dodatnio na „rzeźbę” mięśni, gdyż od niej właśnie zależał wygląd moich mięśni . Były to elementy metody, którą stosował Serge Nubret. Po kilku tygodniach mając już to, co planowałem w treningu, akcentowałem ćwiczenia, w których miałem rywalizować w Sopocie. Ostatnie dwa tygodnie byłem w Mielnie nad morzem ze swoją drużyną. Korzystaliśmy z gościnności Jurka Baranowskiego lub mieliśmy klubowe zgrupowanie, o czym wcześniej powiedziałem. Treningi były na plaży, odważnikami, i nie przeszkadzało nam słońce, które dawało naturalnie brązowy kolor skóry, zaś pływanie w morzu było znakomitym sposobem na pełną regenerację mięśni.

- A co jedliście w Mielnie?
- Nasza „stołówką” był miejscowy bar serwujący urozmaicone posiłki od zup mlecznych do schabowego z kapustą. Na śniadanie zawsze wybieraliśmy nabiał w różnej postaci, a na deser „kogel-mogel” z 10 surowych jajek rozbitych widelcem. Na obiad obowiązkowo mięso wołowe, częściej ryba z surówką, plus ciasto ze zbożową kawą z mlekiem. Był i podwieczorek, a na kolację tuńczyk z puszki lub wędlina. Między posiłkami piliśmy dużo wody. Największymi żarłokami byli: Grzegorz Oracz, Jerzy Pawlak oraz oczywiście ja. Kilka dni przed zawodami przenosiliśmy się do Sopotu, a tam było dużo barów, w tym nawet specjalizujący się w potrawach nabiałowych. Dziś trudno jest uwierzyć, że wszechstronne treningi w upalne dni na plaży, spanie w namiocie i dieta z baru mlecznego nie zaszkodziła, a wręcz odwrotnie. Spartańskie warunki dały pozytywne wyniki.

- Zgodzi się Pan, że wówczas zawody rozgrywane w wieloboju były wielkim atutem kulturystyki, kwalifikującym ją do grona dyscyplin sportowych.
- Oceniam, że rywalizacja w kilku konkurencjach (pozowanie, siła i sprawność) miała cechy wymiernej dyscypliny sportowej, czego nie można powiedzieć o teraźniejszej wyczynowej kulturystyce, której zawodnicy walczą wielkością mięśni i efektem ich napinania. Kiedyś próbowano ją sprowadzać do „sztuki dla sztuki”, ale obroniła się właśnie wszechstronnością i rywalizacją w siłowo-sprawnościowych konkurencjach. Wielobój był pasjonującym widowiskiem nawet dla osób, które nie interesowały się sportem. Tego przykładem są m.in. zawody w Sopocie, które oglądały całe rodziny wypoczywające w tym kurorcie. Szkoda, że wówczas kulturystyka była tylko uznawaną formą kultury fizycznej, a na oficjalny status dyscypliny sportowej musiała czekać wiele lat.

- Był Pan zawodnikiem, organizatorem kulturystyki w Łodzi i instruktorem, który wprowadził kilku swoich podopiecznych do czołówki krajowej.
- To była praca od podstaw, bo na moje zajęcia trafiali młodzieńcy zaniedbani pod względem fizycznym, unikający w szkole zajęć z wychowania fizycznego. Trzeba było ich prowadzić krok po kroku i wpajać im, że oprócz treningu siłowego muszą doskonalić swoją ogólną sprawność fizyczną. Nie każdy z nich był systematyczny, często chciał już po pół roku mieć duże mięśnie. Tacy szybko się zniechęcali i odpadali. Była spora grupa młodzieży ćwicząca dla siebie, dla podbudowy fizycznej; ćwiczyli regularnie i mieli satysfakcję z wyników. Trafili do mnie również młodzieńcy, którzy wcześniej uprawiali wyczynowo sport i to ich starałem się skłonić do trenowania bardziej intensywnego z myślą o startach w zawodach kulturystycznych. Po kilku latach treningu ci najbardziej konsekwentni pokazali się już na ogólnopolskich zawodach, m.in. w Sopocie, Warszawie. Najlepszymi z tej grupy byli wspomniany wcześniej Paweł Oracz i Grzegorz Pawlak.

- Zalecał Pan im jakieś formy wspomagania treningu ?
- Owszem, nowemu na sali treningowej nakazywałem prowadzenie zdrowego stylu życia i higienę osobistą, w tym 8-godzinny sen, wykluczenie palenia papierosów, a alkohol okazjonalnie w niewielkiej ilości. Anabolików nikt nie stosował z kulturystów, więc nie miałem z tym problemów. Do tego była dieta, ale dla każdego indywidualna, czyli to, co mogła im mamusia podać do stołu. Oczywiście akcentowałem konieczność spożywania mięsa wołowego (było najtańsze i dostępne), ryb, kurczaków, warzyw, owoców, mleka, jajek itd.

- Czy nie sądzi Pan, że nawet rekreacyjne uprawianie kulturystyki może uzależnić i stać się głównym elementem życia młodego człowieka?
- Zwracałem uwagę, czy młodzi ludzie chodzą do szkoły, mają jakieś zainteresowania oprócz kulturystyki. Starałem się przekazywać im moje „złote myśli”, że trzeba się uczyć, aby zdobyć dobry zawód , który należy udoskonalać przez całe życie, a kulturystykę traktować jako miłe zajęcie, ale nie najważniejsze.

- Czy skutkowały te szkolenia , jakby wyjęte z podręcznika nauki kulturystyki pt. „ABC młodego kulturysty”, napisanego przez Stanisława Zakrzewskiego?
- Pewnie część z tego, co im wpajałem –„trułem do rozumu” – tam im pozostała. Może po latach nieraz z tego powodu mnie wspominają. Przyznaję, że redaktor Zakrzewski wywarł pozytywny wpływ na młodzież ćwiczącą kulturystykę w latach 60-tych.

- Czy z tytułu zajmowania się kulturystyką miał Pan jakieś korzyści materialne?
- Za prowadzenie zajęć otrzymywałem niewielką kwotę, za którą mógłbym się wyżywić tylko przez kilka dni. Startując w zawodach i wygrywając je dostawałem dyplom i wazon kryształowy, a najczęściej torbę sportową, obrazek- widoczek jakiegoś miasta lub płócienną walizkę za zajęcie 2-go miejsca w warszawskich zawodach. I jakbym to wszystko sprzedał chętnemu do nabycia tego, to w sumie byłaby to bardzo skromna kwota. Te tzw. materialne korzyści, które uzyskałem, nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Byłem przecież sportowcem-amatorem utrzymującym się z wykonywania wyuczonego zawodu - technika obróbki metali. Dopiero duże pieniądze otrzymywałem w tym zawodzie będąc już w Kanadzie.

- W Kanadzie żyje się Panu lepiej, gdyż dochód przeciętnego obywatela jest kilka razy większy niż w naszym kraju, a państwo finansuje m. in. opiekę medyczną. Można więc powiedzieć, że ma Pan bardzo dobre warunki, aby „ruszać ciało przez cale życie”.
- Korzystałem z socjalnych dobroci państwa, o czym wspomniałem w naszej pierwszej rozmowie. Teraz mam już 82 lata na karku, ze zdrowiem słabo, trudno mi nawet wychodzić z domu. O kulturze fizycznej mogę tylko rozmawiać, ale konsekwentnie powtarzam, że o zdrowie trzeba dbać przez całe życie i stosownie do możliwości ćwiczyć, chociaż maszerować każdego dnia po kilka kilometrów. Wiadomo, że jak człowiek pobudza regularnie swoje ciało, to mózg lepiej pracuje i jest zgrabna sylwetka, i to bez wzglądu na wiek.
Jeszcze kilka lat temu będąc na pływalni starałem się lekko napinać mięśnie. Kobiety dyskretnie na mnie spoglądając pewnie myślały: dziarski dziadek, i dobrze zbudowany, jakby był kiedyś sportowcem. Kilka z nich o tym mi powiedziało.

- Zdjęcia ostatnio otrzymane od Pana potwierdzają, że „staruszek” wygląda „apetycznie” dla pań.
- Teraz już jest gorsza sylwetka. Niestety czasu nie da się zatrzymać. Przez wiele lat starałem się spowalniać proces starzenia się, np. wykonując siłowe ćwiczenia, następnie proste ćwiczenia usprawniające funkcjonowanie mojego aparatu ruchu. Obecnie jestem w okresie, w którym mknę po drodze życia ciesząc się z małych przyjemności, jak np. odbierając telefon od znajomej mi osoby. Ze starością już się pogodziłem, ale jak za minionych lat, nawet przelotne spojrzenie niebieskookiej „młodości” powoduje, że dopada mnie przewrotne odczucie – jestem młody, a za chwilę nostalgia i jednak smutek, iż jestem stary i samotny. To dziwne, że w sercu jeszcze pozostało troszkę młodej namiętności.

- Spodziewamy się, że po cyklu artykułów o Panu i wcześniejszych naszych rozmowach na JWIP.PL oraz po rozpropagowaniu przeze mnie numeru Pana telefonu wśród byłych łódzkich kulturystów często słychać sygnał w Pana mieszkaniu?
- Trudno mi to potwierdzić, bo raczej dzwonią, gdy u mnie noc i ja śpię, a u nich w Łodzi wówczas jest dzień. Nie odbieram telefonu, gdy jestem chory. Ty, jak i Janek oraz Maciek Szymański, macie jednak szczęście, bo regularnie trafiacie, gdy jestem w dobrej formie. Dziękuję wam serdecznie za pamięć.
Rok temu „napadał mnie telefonicznie” jakiś redaktor z pisma kulturystycznego. Przypuszczałem, że jest on z Kanady, a później okazało się, że z Polski. Porozmawialiśmy, a po jakim czasie dostałem wyglądający na książkę „wypasiony” magazyn kulturystyczny z tytułem amerykańskiego czasopisma, ale po Polsku; jego treść dotyczy głównie mięśniaków nie wyglądających na naturalnych kulturystów. Nie podoba mi się to towarzystwo i ja wśród nich w postaci wywiadu. Raz mam w nim obwód bicepsów – 50 cm, a dalej 48 cm. W ubiegłym roku miałem 82 lat, a w wywiadzie już 85 i takie inne niespodzianki.

- Za zakończenie naszego wywiadu proszę odnieść się do dopingu w kulturystyce, który powoduje, że kulturyści nie doczekają się przez następne pół wieku uczestniczenia w rywalizacji na Igrzyskach Olimpijskich.
- To bardzo poważny problem sportowy, społeczny i polityczny, który pomimo podejmowanej walki w celu wyeliminowania dopingu określam jako nieskuteczną walkę, bo jest ona w znacznej części pozorowana, szczególnie w amerykańskich czasopismach dla mięśniaków. W Kanadzie jest z tym lepiej, przypuszczam, że poziom zjawiska dopingu jest na podobnym poziomie; do tego w Polsce. Zjawisko to przeraża, ponieważ dotyczy również młodzieży.
Wyczynowa kulturystyka jest chora, gdyż produkuje jakby mutantów – łysych i „patologicznie oblepionych” mięśniami, którzy tracą zdrowie, jak kiedyś napisał Steve Reeves, sławny kulturysta i aktor filmowy z lat 50 -tych. Jest w tym część prawdy, bo dość często można przeczytać w gazetach w Calgary, że jakiś mistrz mięśni przedawkował anaboliki i jest w grobie, albo do niego się wybiera, gdyż „wysiadło” mu serce, wątroba lub nerki i to w wieku np. 40 lat. Są też informacje że pod wpływem anabolików popełnił przestępstwo, bo przejął się, że np. stał się impotentem lub tracił rozum.
Ja nie widziałem potrzeby, jak zresztą moi rywale z lat 60 -tych, wspomagania się lekami. Dzięki temu mogliśmy startować w zawodach nawet co tydzień i nie nabawiliśmy się kontuzji, a teraz dalej żyjemy. Większość z nas przekroczyła 80 lat lub jest blisko tej granicy i to może wynikać właśnie z tego, że obce były nam anaboliki oraz inny zakazany dopingi.

Mirosław GłogowskiI: Dziękujemy. Kończymy naszą bardzo ciekawą rozmowę, ale dalej będziemy z Panem w kontakcie telefonicznym.
Życzymy Panu szybkiego powrotu do zdrowia.

Mirosław Głogowski (Londyn). Współpraca: Jan Włodarek (Warszawa) i Maciej Szymański (Kalifornia).


Rej.836./WYWIADY – 35/2015.07.27/JWIP.PL
Aktualizacja 2017.04.18, godz. 06:01

Prosimy przeczytać również pozostałe dwie rozmowy z Antkiem (są w dz. "Wywiady" oraz artykuły Jana Włodarka, m.in.:
- "Sopot 1967 " (dz. Jan Włodarek")
- "Najlepsi polscy kulturyści w 1968, (dz. "Historia")
- "Najlepsi polscy kulturyści w 1969 ,(dz. jw.)
- "Antek Kołecki - dyplomata?" ( dz. "Jan Włodarek")
- "Antoni Kołecki - mistrz kulturystyki z lat 60 -tych ma się dobrze ( dz. "Pionierzy").








Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
Przemysław Kwiatk...
Stawiałem na wsze...
Cytryna na zdrowi...
Z Antonim Kołecki...
Z Antonim Kołeck...
Flesz
Słupsk - 2008
Słupsk - 2008
BOGDAN KASZUBA
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE