Strona Główna

Nasz program

O nas

Forum

Galeria zdjęć

PIONIERZY

Kontakt
Artykuły:
Jan Włodarek
Historia
Sylwetki
Wywiady
Porady
Trening
Dietetyka
Medycyna
Wspomaganie
Sterydy
Ośrodki
RÓŻNE
Statystyka
Odwiedziło nas:
4200922
osób.
Oni są z nami:
Mistrz epoki bezkoksowej. Autor: Mirosław Prandota

Rozmowa z Janem Włodarkiem, mistrzem epoki „ bezkoksowe”j, uczestnikiem zawodów o tytuł Mister Uniwersum przed 30 laty, który w ciągu dziewięciu lat zwyciężył trzydzieści razy!

Zaczynał Pan uprawiać ćwiczenia kulturystyczne miej więcej w tym samym czasie, co Arnold Schwarzenegger, który jeszcze wtedy nie był Amerykaninem, ale Austriakiem. Czy w latach sześćdziesiątych Pan, jako reprezentant Polski, zatknął się z nim na jakichś zawodach?
- Owszem, trafiła się taka okazja w roku 1966. Było to w Berlinie, gdzie zaraz po mistrzostwach świata w podnoszeniu ciężarów odbył się turniej o tytuł Mr. Universum. Akurat startowaliśmy w tym turnieju obydwaj. Arnold sprawił wtedy na mnie wrażenie człowieka pewnego siebie, niedostępnego, nastawionego od razu na zdobycie I miejsca. Ot, typowy „młody gniewny”. Niestety, spóźnił się na drugą turę zawodów i został zdyskwalifikowany. Ja wylądowałem wtedy na X pozycji w swojej kategorii wzrostowej.

Ile lat trzeba było się napracować, aby startować z najlepszymi kulturystami świata?
- Samą kulturystykę zacząłem uprawiać dopiero pod koniec 1961 roku, ale przecież miałem już za sobą parę lat treningów w kolarstwie wyczynowym i w lekkoatletyce. A więc zaczynając treningi ze sztangą, dysponowałem już niezłą siłą nóg i grzbietu. Zresztą w rok później, będąc juniorem zająłem III miejsce w kategorii seniorów na mistrzostwach klubu „Syrenka” (pierwszy był Andrzej Laskowski). To wszystko sprawiło, że po pięciu latach intensywnego treningu kulturystycznego mogłem już wystartować w turnieju o tytuł Mr. Universum.

Jak to się stało, że prawie przez całą dekadę (1962-70) utrzymywał się Pan na szczycie?-
Sukcesy brały się z wytrwałości i systematyczności. Było przecież wielu takich, którzy dochodzili do imponujących wyników i mieli dosyć. A ja spokojnie trenowałem dalej.

Ale w końcu i Pan się wycofał. Nie żal było tego wkładu pracy? Przecież mógł Pan wygrywać przez następne 10 lat!-
Kulturystyka, mimo ciężkiego treningu była tylko zabawą, a nie celem życia. Trzeba było się uczyć, założyć rodzinę i utrzymać tę rodzinę. Z kulturystyki nie dało się wyżyć. Muszę jednak podkreślić, że odporność zdobyta na treningach przeniosła się potem u mnie na naukę. To tylko dzięki takiemu samemu uporowi jak podczas ćwiczeń za sztangą mogłem ukończyć studia w trzech odrębnych kierunkach: nauk społecznych, prawa i administracji oraz bankowości, mimo że w czasie studiów już normalnie pracowałem i prowadziłem treningi z młodzieżą.

Jak Pan znalazł czas na to wszystko?
- Dzień w dzień między godziną 20 a 1 w nocy uczyłem się, bo tylko wtedy miałem na to czas.

Niech Pan przypomni swoje najlepsze wyniki, bo dzisiaj już nie wszyscy mogą uwierzyć, ile podnosiło się w latach sześćdziesiątych.
- Przy wadze ciała 87 kg i wzroście 180 cm mój rekord w wyciskaniu sztangi na ławce wynosił 187 kg. W przysiadzie miałem 217 kg, w martwym ciągu 270 kg, a w klasycznym wyciskaniu 137 kg.

Rozumiem, że wszystkie te wyniki osiągnął Pan bez żadnych środków dopingujących?
- Wtedy o czymś takim w Polsce się nie słyszało. Dopiero po roku 1970, za sprawą szwedzkiego dyskobola Ricky’ego Brucha, który bił światowe rekordy w tej dyscyplinie i wciąż łapał poważne kontuzje, usłyszeliśmy o sterydach. Bruch zresztą sam chwalił się, że stosuje sterydy, dodając jednak, że to właśnie one są ciągłą przyczyną nadrywania mięśni. Był gwiazdą jednego sezonu. Później nie nadawał się już do startów i normalnego życia. Natomiast my stawialiśmy tylko na systematyczność, bo na nic innego postawić się nie dało. W domu było niebogato, jadło się to, co wszyscy, może tylko trochę więcej wołowego mięsa i sera.

Mieliście jakieś specjalne metody treningowe?-
Metody czerpaliśmy z publikacji twórcy polskiej kulturystyki, Stanisława Zakrzewskiego, a później Henryka Jasiaka. Często ćwiczyliśmy między innymi zatrzymywanie ciężaru w połowie drogi. Były też ćwiczenia sprawnościowe. Potrafiłem na przykład podciągnąć się dwukrotnie jedną ręką na drążku, a także przebiec 60 m w 7 sekund. W wyskoku dosiężnym miałem wyniki w granicach 80 cm.

Czy często brał Pan udział w zawodach?
- Można to dokładnie wyliczyć. Otóż startowałem 37 razy w czasie od 1962 do 1970 roku. Z tego wygrałem 30 razy.

Jak wyglądało przygotowanie do zawodów?
- Chyba nawet nie było czegoś takiego. Startowało się z „marszu”. Na przykład po zawodach w Poznaniu siadaliśmy w nocny pociąg i na drugi dzień rano startowaliśmy w Radomiu. Taki był styl. Kiedy człowiek jest wytrenowany i nie bierze koksu, to sprawdza się w każdym układzie. Męczące były zawody w Sopocie (nieoficjalne Mistrzostwa Polski), ponieważ odbywały się w sierpniu. Myślę, że dzisiejsi mistrzowie mogą tego nie pojąc, gdyż start raz w roku jest dla niektórych szczytem możliwości.


A jak wiodło się Panu na zawodach międzynarodowych?-
Byłem pierwszy w Bratysławie, na Mistrzostwach zachodniej Syberii, w Tiumenie, w Wilnie i w Kownie oraz kilka razy na międzynarodowych imprezach, organizowanych w kraju.

Już po zakończeniu kariery zawodowej został Pan działaczem. Był Pan między innymi przewodniczącym Centralnej Komisji Kulturystyki w Zarządzie Głównym TKKF, potem przewodniczącym Komisji Kulturystyki w Radzie Głównej LZS, a na końcu, do 1992 roku wiceprezesem, Polskiego Związku Kulturystyki. Jak Pan sobie radził?- Wolałbym, żeby oceny stawiali inni. W każdym razie już po śmierci Stanisława Zakrzewskiego w roku 1972, nastąpił zastój w naszym sporcie. Nic się nie działo chyba przez cztery lata. Przewodniczącym Centralnej Komisji Kulturystyki zostałem w roku 1976 z potrzeby chwili. Ściągnąłem wtedy do pracy organizacyjnej wielu byłych zawodników. m. in. Leopolda Dzitkowskiego, Stefana Polisa i Witolda Majchrzaka , a później już w LZS, Janinę Agatę Mikołajczyk i Jerzego Chodkiewicza i innych. Wspólnie zaczęliśmy organizować Mistrzostwa Polski w trójboju siłowym i kulturystyce.

Mamy pewne niekwestionowane osiągnięcia, zdobyte na zawodach międzynarodowych. Jakie osobiste spostrzeżenia wyniósł Pan z udziału polskich reprezentantów?
- Sukcesy medalowe bardzo się liczą. Jest jednak również ciemna strona obecnej kulturystyki. Otóż na początku lat osiemdziesiątych zaczęła się w Polsce metoda na „koks”. Niektórzy nasi zawodnicy, nie tylko że sami stosowali doping, czego rezultatem były przypadki dyskwalifikacji na wielu poważnych imprezach światowych, to jeszcze sporadycznie na szczęście próbowali wzbogacić się na handlu sterydami. Lądowali w zagranicznych aresztach, tłumaczyli się, że handlują z biedy, bo w Polsce zarabiają tylko 12 dolarów miesięcznie (w rzeczywistości mieli bardzo dobre warunki materialne). Niektóre prokuratury za granią dawały się nawet na to nabierać. Było też raz tak, że podczas mistrzostw Bułgarii jeden z naszych czołowych zawodników nie dość, że nabuzował się sterydami, to jeszcze podlał je alkoholem. Efekt był taki, że pobił parę osób i dostał kilka pałek od policjantów.

Jak Pan ocenia dzisiejszych kulturystów w porównaniu z tamtymi przed trzydziestu laty?
-Za dużo wynaturzeń! Na przykład w kulturystyce kobiet. Jak one wyglądają po odwodnieniu? To przecież karykatury. Same ćwiczenia wzbogacają wygląd kobiety, ale na przykład na Mistrzostwach Świata w Katowicach oglądało się już tylko formy patologiczne. Owszem, niech pokazują się kobiety umięśnione i zgrabne, ale bez guzów na rękach i nogach!

Jak Pan myśli - skąd u młodzieży ten pęd do koksu?
- Z głupoty i z lenistwa! Przychodzi do klubu młody chłopak i chce być silny już za tydzień. Za radą „doświadczonych” kolegów pakuje więc w siebie „koks” i od razu puchnie. Potem przestaje brać i powietrze z niego schodzi, więc rezygnuje. Ci zaś, którzy koksują dłużej, stają się z czasem nienormalni. Są pobudliwi, nerwowi, krzykliwi, a ich organy wewnętrzne ulegają zwyrodnieniu. Bywają przecież przypadki śmierci z powodu „koksu”.

Kto ponosi odpowiedzialność za taki stan rzeczy?
- Przede wszystkim ośrodki kulturystyczne. Wydaje się, że nie bez winy jest także PZK,F i TS.
Młodzi ludzie natychmiast wyczuwają, jaki jest klimat w klubie. Jeżeli instruktorzy tolerują „koksowe lobby”, prawie zawsze zaczyna się branie. I w ten sposób organizm nie ma szans na samoistny rozwój. Tak kształtuje się pokolenie sterydowo-brojlerowych spuchlaków. Nie jest przecież tajemnicą, że między ośrodkami krążą dealerzy, oferujący środki dopingujące. Jest im o tyle łatwo, że do klubów nie docierają instrukcje ze strony Związku, jak załatwić problem. Mam nadzieję, że PZK,F iTS odrobi jeszcze te zaległości, a negatywne przypadki upowszechni, inicjując wyrywkowe kontrole antydopingowe w ośrodkach ćwiczeń.
Dziękuję za rozmowę,.
Mirosław Prandota (Styczeń 1997 r.)



Nie należy rozpoczynać treningu siłowego pod wpływem środków dopingujących i odurzających. Przed wykonywaniem opisanych tutaj metod treningowych i ćwiczeń należy się skonsultować z lekarzem. Autorzy i właściciel strony JWIP.PL nie ponoszą jakiejkolwiek odpowiedzialności za skutki działań wynikających bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania informacji zawartych na tej stronie.
Ostatnie Artykuły
Przemysław Kwiatk...
Stawiałem na wsze...
Cytryna na zdrowi...
Z Antonim Kołecki...
Z Antonim Kołeck...
Flesz
 Larry Scott, 1964 r.
Larry Scott, 1964 r.
TYTANI
Na forum
Tylko aktywnych zapraszamy na forum
oraz
do Pionierów



















































Jeżeli na tej stronie widzisz błąd, napisz do nas.

Jan Włodarek | Historia | Sylwetki | Wywiady | Porady | Trening | Dietetyka | Medycyna | Wspomaganie | Sterydy | Ośrodki | RÓŻNE